; Opowieść dziewiętnasta – Klisze, kadry, skojarzenia | KOMEKO

Felietony

23-04-2014 #Felietony

Opowieść dziewiętnasta – Klisze, kadry, skojarzenia

Niniejszą opowieść rozpocznę od oczywistego w swej istocie stwierdzenia, iż otaczającą nas rzeczywistość próbujemy rozpoznać, zracjonalizować poprzez obrazy, kadry uprzednio zapisane w naszej pamięci. Ów naturalny proces pozwala nam odwoływać się do własnych doświadczeń, podświadomie układać puzzle wspomnień i reagować na wszystko co nas spotyka. Mówią, że mężczyźni są przeważnie wzrokowcami, więc może piszę to zwiedziony własnym odczuciem, ale na potrzeby tej opowieści konstatacja to uprawniona.

Czasami, coś mnie zaskakuje i cieszy duszę do tego stopnia, że próbuję się tym podzielić z innymi. Sięgam tedy po telefon, i przyznać trzeba nieco natrętnie, nie patrząc na porą dnia upowszechniam swoje odkrycia. Owego wczesnowiosennego piątku, znów mnie to dopadło i dobrze po dwudziestej zachęcałem najbliższych by zapadli w otchłań internetu wklepując w klawiaturę hasło „Rokiczanka”. Sam byłem pod dużym wrażeniem, nie mając świadomości, że nie odkrywam niczego nowego. Że ów zespół serwujący klasyczny polski folklor istnieje od 2001 roku a od przeszło roku jego teledysk „W moim ogródecku” robi furorę w sieci. Pomyślałem – tak, tak to powinno wyglądać. Wysmakowane wizualnie, bezpretensjonalne, szczere, profesjonalne w każdym calu. O czymś takim, z żalem myślałem oglądając przez lata dokonania Paddy Maloney’a i jego kompanii „The Chieftains”, która umiejętnie prezentowała irlandzki folklor. To była nie tylko wspaniała muzyka, ale i takaż oprawa. Teledyski, okładki płyt, fotografie. Myślałem z żalem, bo w Polsce muzyka ludowa, zapomniana, zepchnięta na margines, zamknięta w getcie zasłużonego przecież „Mazowsza” czy nieco zapomnianego festiwalu w Kazimierzu, powracała niekiedy w protekcjonalnie nadanej formie pastiszu. Nienaturalnej stylizacji, puszczającej oko do słuchacza, by zrozumiał, iż to tylko taka na wpół biesiadna prowokacja, z przekonaniem że „prawdziwa muzyka” rozpoczęła się z erą „The Beatles”, „The Rolling Stones” czy „Led Zeppelin”. Tak na marginesie – kudy im, owym rockendrolowcom do rozkochanego w swym ojczystym folklorze, nieokrzesanego, stoczonego do poziomy scenicznego grajka (znacie, ów smakowity zwrot autorstwa Sergiusza Piaseckiego, zapisany w dedykacji Witkiewiczowi – „stoczyć się do poziomu literata” ?) Shane MacGowan’a?

Odkryłem tedy „Rokiczankę” i jej trzy teledyski „W moim ogródecku”, „Lipka”, „To i hola” i począłem się zastanawiać, skąd owa nazwa, która poczęła budzić we mnie niejasne skojarzenia. Zali to odwołanie do Rokitny na dalekiej Bukowinie, gdzie w czerwcu 1915 roku sześćdziesięciu czterech ułanów pod dowództwem rotmistrza Zbigniewa Dunin-Wąsowicza wzięło brawurową, acz krwawo spłaconą szarżą trzy linie rosyjskich okopów. Skąd owe skojarzenie? Może przez inny zespół kultywujący folklor ziem dawnej Rzeczpospolitej, o swojskiej nazwie „Drewutnia”. A może wymawiając słowo „Rokiczanka” obudziłem w pamięci kadr z olejnym obrazem Wojciecha Kossaka, na którym legioniści II Brygady sadzą niczym przez parkur przez carskie umocnienia.

A potem przyszło graniczące z pewnością podejrzenie, iż chodzi o podlubelskie Rokitno. Wieś w powiecie lubartowskim, gdzie od jesieni 1994 roku mieści się największe składowisko odpadów w regionie lubelskim. Tak oto, gdzieś za oczami przesuwają się klisze, zwodzi gra skojarzeń podbijając emocję, że oto można… Że coś tak urokliwego zaistniało bo komuś chciało się chcieć. A zaistniało, rozkwitło jakby na przekór w miejscu – i tu, w głowie odzywa się podświadomie być może krzywdzące skojarzenie – obciążonym piętnem wysypiska…

 

Smakujcie tedy ten folklor wyzbywając się uprzedzeń. We mnie te swojskie, bezpretensjonalne melodie obudziły wspomnienie starej czarnej płyty, na której nagrany był głos Jana Ciżyńskiego w repertuarze pełnym oberków i kujawiaków. Zdaję sobie oczywiście sprawę, iż nie był to archiwalny zapis autentycznych śpiewaków ludowych, ale owa płyta „Gęsi za wodą” w moim przypadku zadziała jak zasiew.

Dziś ten folklor, który mamy okazję spotykać mało ma już wspólnego z autentyzmem, którego dotknął jeszcze Wojciech Kossak podróżując 1880 roku do Zakopanego. Wiedziony po skalnych bezdrożach przez Tytusa Chałubińskiego wspominał:

„Wysoko nad szczytami jodeł miesiąc zaświecił w tej majestatycznej głuszy i lodowatym tchnieniem, wiejącemu od czerniejących na wyiskrzonem niebie granitów Rohaczy, trzeszczą iskrami i burzą ogniem olbrzymie stosy na potężne dzwona zrębanych świerków. Skupieni przy ogniu, odczuwamy wrażenie chwili, czujemy wszyscy jej urok i nie psujemy jej gadaniną. Obserwujemy wyrazistą twarz pana Tytusa, widzę go w swoim żywiole, promieniejącego rozkoszą największą, jaką mu życie jeszcze  dać może. Podjedli wszyscy. Od watry góralskiej podchodzą górale ku naszej, skrzypki Bartkowe zaintonowały raptem motyw ze „staroświeckiego”. Wnet zawtórowały basy Kuby Kulawego i skrzypki Jaśkowe. Zwolna, zaledwie posuwając, w kapeluszach z fantazję „zbójnicką” nasadzonych, ukazują się nam na tle płomieni te nieporównane typy Szymków i Wojtków starych, młodych Józków i Jędrków. Zaczyna się zbójnicki taniec. Nie dla gości on z Warszawy, banalny i obliczony na tani efekt, w odświętnych cuhach i pstro wyszywanych serdakach. Zrudziałe kapelusze, łatane portki i wytarte na nich serdaki. Ale każda łata to pamiątka albo krwawej bójki albo niebezpiecznej chwili na jakim Ganku lub Mnichu, podchodzenia za kozicą, albo ucieczką przed strzelcami węgierskimi. Tańczą dla siebie przedewszystkiem, na tle jedynem, na jakiem ten dziwny taniec w ogóle tańczony być może: na tle łuną ogniska oświetlonych smreków, za którymi zaraz noc i głębia czarna. W czerni tej mogą być tak samo strażnicy węgierscy, jak i niedźwiedź. Rytm w takt muzyki coraz szybszy, jeden za drugim  suną co prędzej, drepcząc zgrabnemi nogami coraz szybciej, raptem przeraźliwy gwizd przez palce, jeden, drugi i trzeci. Bartek kapelmistrz oczy przymyka, kierpcami wali takt z pasyą „zbójecki” wpada w szał, gwizdy coraz częstsze… Śmigają raptem w górę wszystkie ciupagi, nerwowe i żylaste ramiona, wyrzucone w górę, błyskają wysoko nad kapeluszami i orlemi piórami, stalą wyostrzonych toporków, puszczają je w palcach w obrót wirowy tak szybki, ze tylko refleks płomienia świeci. Jeden za drugim sadzi teraz skokiem w górę, ten sam szał dziki, co juhasów, zwabionych muzyką, porywa ich wszystkich, w przysiadach, podskakując co chwila, strzela któryś całym ciałem, jak z procy wyrzucony w górę. I znów ten pierwszy motyw wraca, tempo wolnieje, zaczyna się zbójecki da capo, aby nie wiem ile razy, zakończyć się znowu tem finale furioso”.

Niestety, ów niezrównany w Polsce a pewnie i w świecie malarz koni (w szczytowym okresie swej twórczości przerastał mym zdaniem zarówno swego rodziciela – Juliusza, jak i chrzestnego ojca –Horacego Verneta), nie uwiecznił owej sceny na płótnie. A szkoda bo pewnie, znając jego umiejętność oddania ruchu, darowałby nam coś na kształt „Kołomyjki” Teodora Axentowicza. Ów w młodopolskim zauroczeniu wsią przedstawił tańczących przed karczmą huculski taniec (a może jak chcą inni, oberka) w sposób niezwykle sugestywny, żywiołowy. Wszystko tam wiruje, pędzi porywane dźwiękami muzyki, zda się momentami zwodzi oko i zatraca swe kształty.

Nie darował tedy nam Kossak przed oczy owych juhasów tańczących zbójnickiego, choć trzeba przyznać, że słowem równie wdzięcznie jak pędzlem malował. Może nie chciał mnożyć owego muzycznego motywu, którego obecność odnotowujemy w polskim malarstwie dziewiętnasto-  i dwudziestowiecznym. Zarówno w wydaniu salonowym, by wspomnieć podbity symbolizmem „Polonez Chopina” Teofila Kwiatkowskiego czy sentymentalne „Ujrzałem raz…” Leona Wyczółkowskiego, jak i plebejsko włościańskim. Tu na myśl przychodzą: poetycki „Owczarek” Józefa Chełmońskiego, „Nucenia wiosenne” Aleksandra Kotsisa, „Lirnik przed chatą” Kazimierza Pochwalskiego czy oryginale w sposobie malowania i stosowanej kolorystyce tańce Zofii Stryjeńskiej.

Ale nie bez powodu sięgnąłem po ów opis góralskiego folkloru. Podobne wspomnienie wyniósł zafascynowany Tatrami Stanisław Witkiewicz. U niego również, w „Na przełęczy” ów zbójnicki taniec ma bardzo impulsywny, nieokiełznany charakter:

„Każdy po kolei staje przed grajkiem, śpiewa parę zwrotek, płaci za muzykę i puszcza się drobnego. W końcu wszyscy są już w kole i wtedy rozpoczyna się jakieś szaleństwo, taniec opętany, wariacki, w którym na tle pewnego ogólnego tempa ruchów każdy, odpowiednio do swego temperamentu i zdolności tancerskich, improwizuje rozmaite ruchy i skoki.”

I teraz przychodzi nam zderzyć owe autentyczne przecież relacje spisane u schyłku dziewiętnastego stulecia z wdrukowaną w pamięć kliszą ukazującą zbójników w wysokich czapkach pląsających z ciupagami zgodnie z misternie ułożoną choreografią. Ów dysonans poznawczy opisał w anegdotyczny sposób Antoni Kroh w swoich gawędach zatytułowanych „Sklep potrzeb kulturalnych”. Kto do nich sięgnie dowie się, iż ten czerwony filcowy kapelusz na szkle malowany, czy ryty na drzeworytach Władysława Skoczylasa to dalekie echo nakrycia głowy węgierskich hajduków, traktowanego przez górali jako zbójeckie trofeum. Dla podkreślenia wartości odniesionych zwycięstw, anonimowi autorzy ów symbol zwykli na ilustracjach wyolbrzymiać, aż upowszechnił się w owej niepraktycznej przecież w zbójeckim rzemiośle formie. Sięgać więc będą po niego z czasem nawet zespoły folklorystyczne, choć z prawdziwym folklorem nie ma wiele wspólnego.

Znajdziemy również u Antoniego Kroha wyjaśnienie owych misternych układów choreograficznych. Taniec zbójnicki jaki znamy, jaki wbudował się w naszą świadomość został wynaleziony w 1910 roku przez Szczęsnego Połomskiego, naczelnika nowotarskiego gniazda Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Szykując się na pięćsetną rocznicę zwycięstwa pod Grunwaldem opracował „Ćwiczenia toporkami wraz z tańcem górali tatrzańskich” stanowiące popis góralskich sokołów manifestujących w ówczesnym Krakowie swój patriotyzm. Jak zauważa autor, był to raczej żywy obraz, pokaz fechtunku, tężyzny fizycznej i dyscypliny. Niewiele wspólnego miał ów występ z żywiołowym, improwizowanym tańcem górali tatrzańskich. A jednak rozrysowany, zaplanowany do najdrobniejszych szczegółów i ogłoszony drukiem spodobał się tak bardzo, iż niepostrzeżenie począł znajdować miejsce w świadomości ceprów. Na początku wieku, stały się ćwiczenia druha Połomskiego zaczynem dla podobnych galowych „tańców” górniczych, w których ciupagi zastąpiono kilofkami. Kapelusze zbiegiem okoliczności były nader podobne.

Nie piszę tego by negować wartość dzisiejszych opracowań dawnych tańców. Czyż nie w podobny sposób postępowano opracowując urokliwą wizualnie choreografią Mazowsza? Czyż mimo to nie uwidzi naszych oczu i uszu? Choć mówiąc szczerze, zawsze miałem kłopot z seryjną, jak spod sztancy wyglądem członków zespołu z Karolina. Ta unifikacja to ponoć ślad wymagającej ręki pani Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej i jej całościowej wizji zespołu.

Młode, folkowe zespoły coraz częściej sięgają do starych opracowań, zapisów etnologów, którzy począwszy od przełomu osiemnastego i dziewiętnastego wieku przemierzali ziemie Rzeczpospolitej. Szukają oryginalnych form pieśni , przyśpiewek, tańców i obrzędów. Niestety w oczywisty sposób są to w większości archiwa papierowe, nie oddające techniki i stylu śpiewania. Ma zapewne rację Korneliusz Pacuda wskazując, iż nieodkrytym wciąż źródłem wiedzy o polskim folklorze, mogą być katalogi i archiwa amerykańskich firm płytowych, które u progu dwudziestego wieku dokonywały nagrań muzyki napływających zza oceanu imigrantów. Zapewne w oryginalnej, mało skażonej komercyjnym szlifem formie.

Póki co, sięgam po „Rokiczankę” i pokazuję owe teledyski najbliższym. Podobają się, zwłaszcza dzieciom. To chyba nie najgorsza klisza, nie najgorszy kadr, który lęgnie się w ich płytkich jeszcze pokładach pamięci…