; Opowieść trzydziesta szósta – o wszelkich maści asasynach | KOMEKO

Felietony

21-06-2016 #Felietony

Opowieść trzydziesta szósta – o wszelkich maści asasynach

Nie ta pleśń – zwykł mawiać mój tata spoglądając jak w swych artystycznych zapędach twórcy filmów osadzając intrygę w czasach minionych rozmijają się z rzeczywistością. Jakże często przy niedostatkach fabuły razi nonszalancja w warstwie scenograficznej. Jakże często ceną za oryginalność opowiedzianej historii jest przeinaczanie zdawałoby się bezspornych faktów. A przecież po wielokroć dajemy się uwieść owym opowieściom jeśli tylko sprawnie są snute. Wybaczamy błędy, zwłaszcza gdy filmowa gawęda dotyka czasów, do których sami nie jesteśmy w stanie sięgnąć pamięcią. Czasem jednak parskamy śmiechem, widząc jak twórcy natrętnie przykładają dzisiejszą miarę do postrzegania rzeczywistości przez swych praojców.

Ot, choćby bohaterowie „Królestwa niebieskiego” Ridleya Scotta wygłaszający u schyłku dwunastego stulecia tyrady godne oświeceniowych racjonalistów. Każdy akt twórczy jest oczywiście mniej lub bardziej zawoalowaną formą prezentacji osobistych poglądów autora, ale jakże często takie podejście niewiele w istocie pozwala zrozumieć z motywów kierujących naszymi przodkami. Zasiadłszy tedy w sali kinowej czy przed telewizorem mozolnie budujemy w sobie obraz pełen mniej lub bardziej fałszywych stereotypów. Czasem wiedzeni ciekawością czy niejasnym przeczuciem sięgniemy do źródeł by ze zdziwieniem odkrywać, iż losy naszych bohaterów toczyły się zgoła inaczej. Czasem z lekka rozczarowani spostrzegamy po chwili, że stoimy na progu nowej zajmującej opowieści.

Ja podążałem śladami bohaterów „Królestwa niebieskiego” skłonny przypisywać reżyserowi spłatę trybutu kulturowej poprawności. A przecież znałem obraz Saladyna kreślony piórem Waltera Scotta w powieści, której oryginalny tytuł „Talizman” nie wiedzieć czemu przetłumaczono na język polski jako „Ryszard Lwie Serce”. Powściągliwością, statecznością, walecznością i czy wiernością danemu słowu wódz muzułmanów przerastał w niej o głowę swych europejskich rywali, co zwykłem składać na karb oczarowania tajemniczym Bliskim i Środkowym Wschodem, tak charakterystycznego dla doby romantyzmu. Snadź jeszcze w XVI stuleciu Torquato Tasso kreśląc na kartach „Jerozolimy wyzwolonej” obraz kurdyjskiego sułtana Egiptu pisał o „tyranie okrutnym i wielkiej srogości”, którego jednakże wiek hamował i „z pierwszej nieco spuścił okrutności”. Z biegiem lat, z postępującą modą na Orient w Europie rosła legenda mądrego i sprawiedliwego władcy, który pobiwszy w lipcu 1187 wojska krzyżowców pod Hittin, niespełna trzy miesiące później zdobył Jerozolimę. Co prawda nie wyciął jej mieszkańców, ale też nie puścił ich – jak by chcieli tego twórcy filmu – wolno. Słono musiał się opłacić, kto chciał opuścić bramy miasta. Większość nie uszła przed pohańbieniem i okrutnym losem niewolnika. A jednak, Dante w swej „Boskiej komedii” umieścił Saladyna w pierwszym kręgu piekła, pośród dusz cnotliwych acz nieochrzczonych.

Gubiłem się w sprzecznych relacjach, by wreszcie – wstyd wyznać – porzucić swe dociekania, zanęcony inną opowieścią. Oto zimą 1174 roku podczas oblężenia Aleppo do obozu sułtana przeniknęło kilku spiskowców by podjąć próbę skrytobójczego zamachu. Ich zamiary pokrzyżowano, ale w walce padło kilkunastu żołnierzy chroniących Saladyna. Próbę ponowiono półtora roku później podczas blokady syryjskiego miasta Azáz. Tym razem przywódcę Saracenów uratowała zbroja, choć wedle przekazów okupił to spotkanie kilkoma ranami. Kim byli ludzie, którzy ważyli się podnieść rękę na władcę imperium rozciągającego się od Sudanu po Syrię, od Jemenu przez Półwysep Arabski po wschodnią Turcję?

Zwano ich nizarytami, co przeciętnemu czytelnikowi nieobeznanemu ze światem islamu niewiele wyjaśnia. Musimy tedy cofnąć się do roku czerwca 632. W Medynie po krótkiej chorobie umiera Mahomet. Mimo, iż za swego żywota poślubił trzynaście kobiet nie zostawia męskiego potomka. W tej sytuacji jeszcze przed pogrzebem Mahometa, na jego następcę – kalifa wybrano jednego z najbliższych jego towarzyszy   (sahabów) – Abu Bakra (był on jednocześnie teściem Mahometa, ojcem jego ulubionej żony Aiszi) . Jednak nie wszyscy osieroceni wyznawcy islamu uznali ten wybór. Część z nich uważała, iż owo przywództwo należało się Alemu – zięciowi Mahometa, zamężnemu z jego córką z pierwszego małżeństwa – Fatimą. Jako, że byli w mniejszości tytuł kalifa przypadnie Alemu dopiero po śmierci Abu Bakra i dwóch jego kolejnych następców Umara i Usmana. Czekał jednak Alego los dwóch poprzedników – zginie pchnięty mieczem w meczecie w Kufie a władzę przejmie jego rywal możnowładca syryjski Mu’awiya.

Jeśli przyjąć, iż polityczne dzieje islamu to historia podziałów i brutalnie rozstrzyganych sporów o sukcesje, zabójstwo Alego leży u źródeł rozpadu islamu na dwa główne nurty – szyitów i sunnitów. Szyitami zwie się zwolenników Alego, sunnitami większość uznającą legalność władzy pierwszych kalifów. Gwoli prawdy wspomnieć należy jeszcze o trzecim, choć najmniej licznym głównym odłamie islamu, to jest o charadżytach (wyznających skrajnie surowe zasady wiary), lecz na potrzeby tej gawędy skupimy się na szyitach. Potomków Alego nazwali oni mianem imamów zdając się na ich interpretację Koranu. Wedle przekazu ostatni z imamów miast umrzeć miał odejść ku pustyni by w przyszłości powrócić jako mahdi – mesjasz przywracający na ziemi królestwo pokoju i sprawiedliwości. Ale i w tym względzie wyznawcy islamu nie byli jednomyślni, stąd kolejne podziały tym razem w łonie szyizmu. Największa ich grupa imamici uznali, iż mahdim będzie dwunasty z imamów, najmniejsza – zajdyci poprzestali na czwartym, jeszcze inna – ismailici – wyodrębnili się podczas sporu o sukcesję po śmierci szóstego z imamów. Nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli odkryjemy, iż każdy z owych odłamów ulegał kolejnym podziałom. Tą drogą u progu XII wieku na mapie islamu objawili się nizaryci.

Oto w 1094 roku na dworze panujących na Północną Afryką dynastii fatymidów umiera kalif z Al-Mustansir. Zgodnie z szyicką tradycją zdążył jeszcze przed śmiercią mianować swym następcą starszego syn Abū Mansūra Nizāra. Decyzja umierającego kalifa nie jest jednak po myśli dzierżącego faktyczną władzę na dworze wezyra Al-Afdala, który samowolnie ogłasza kalifem młodszego z synów Abu al-Quāsim Ahmada. W tej sytuacji Nizār zbiegł z Kairu do Aleksandrii, gdzie zostaje przez swych zwolenników ogłoszony prawowitym kalifem. Rzecz jasna prowadzi to do bratobójczych walk, podczas których ludziom wezyra udaje się pojmać Nizāra a następnie oddać go katu w Kairze w 1095 roku.

W tym momencie na scenie pojawia się przywódca perskich ismailitów Hassan Sabbah uznający Nizāra za ostatniego imama, który wraz ze śmiercią miał przejść do ukrycia by potem powrócić jako mahdi. Hassan Sabbah nie jest bynajmniej ortodoksyjnym ismailitą. Poczyna tworzyć doktrynę sekty nizarytów dość swobodnie czerpiąc z innych religii, w tym chrześcijaństwa czy zorostratyzmu, ale i przemyśleń klasycznych greckich filozofów. Głosi, iż niesie ze sobą religię doskonałą, stanowiącą wtajemniczenie wyższe niźli islam dostępny dla prostych muzułmanów. W swych zgoła gnostyckich zapędach Sabbah ustanawia dla swych wyznawców siedem stopni wtajemniczenia począwszy od najniższego fid’ai co znaczy „ofiarujący się” po najwyższy siódmy stopień imama. Zgodnie z logiką krok ten należałoby traktować jako herezję i odejście od tradycji ismailitów wedle której wszystkich imamów w historii było tylko siedmiu.

Twórca nizarytów, oprócz religijnych ma również zapędy polityczne. Nie pała miłością do panującej ówcześnie dynastii Seldżuków, jednocześnie dostrzegając iż ismailicka dynastia Fatymidów jest zbyt słaba by stawić im czoła. Odbywszy dziewięcioletnią podróż po Persji w celu poznania sił Seldżuków przygotowuje się do wzniecenia buntu. Za swą siedzibę chciałby obrać górską, niedostępną twierdzę Alamut, kłopot jednak w tym, iż jest ona obsadzone przez Seldżuków. Zastępy Sabbaha są jeszcze nieliczne co uniemożliwia opanowanie Alamutu siłą. Ale przywódca nizarytów jest cierpliwy i przebiegły – posyła swych wiernych by nawracali lokalną ludność i załogę twierdzy i wkrótce przejmuje ją bez walki. Powtarzając ów schemat działania nizaryci rozszerzają swe wpływy zajmując terytoria położone w dzisiejszej Syrii, Iraku i Iranie. Kiedy w 1100r. siły Sabbah opanowały położoną opodal suldżyckiej stolicy cytadelę Szahzid, jego zaniepokojeni przeciwnicy zaczynają wreszcie traktować go poważnie. Dzięki liczebnej przewadze poczynają wypierać nizarytów ze swych terenów, jednocześnie konsekwentnie tropiąc nizarycką herezję w szeregach swej armii. Uważa się, że to właśnie wtedy nizaryci zmieniają sposób walki, mordując w skrytobójczy sposób przywódców swoich przeciwników. Padają z rąk nizarytów i wezyrowie, i kalifowie co przynosi nie tyle korzyści militarne co propagandowe i polityczne. Przychodzi czas, że na ich drodze staje emir Egiptu i wezyr Fatymidów.

Jako się rzekło Saladyn dwukrotnie uszedł cało spod noży nizarytów. Trzecie spotkanie musiało się już jednak odbyć na jego warunkach, więc w lipcu 1176 roku postanawia zaatakować nizarycką twierdzę Masyaf. Od czternastu lat na czele nizarytów stoi Rasid ad-Din Sinan – legendarny „Starzec z gór”. Wytrawny to przeciwnik skłonny dla osiągnięcia swych celów zawierać rozliczne, na pozór egzotyczne sojusze. Niespełna trzy lata wcześniej walcząc z Fatymidami podjął próbę zawarcia sojuszu z Królestwem Jerozolimskim – państwa ze stolicą w Jerozolimie założonego przez krzyżowców na terenach Syrii i Palestyny. Na drodze do zawiązania przymierza stanęła śmierć Almaryka I. Po jego śmierci na tronie Królestwa zasiadł jego małoletni, chory na trąd syn Baldwin IV, rządy zaś w jego imieniu sprawowali regenci. Jeden z nich hrabia Trypolisu Rajmund III storpedował zamysły Sinana, czemu dziwić się nie należy, skoro jego ojciec padł z ręki nizarytów.

Powiadają jednak, iż ów paskudny proceder, który uniemożliwił nizarytom zawarcie sojuszu z rycerzami krzyżowymi, pomógł zażegnać konflikt z Saladynem. Oto jednej z nocy podczas oblężenia Masyafu przebudzony ze snu Saladyn miał znaleźć u wezgłowia pozostawiony nie wiedzieć przez kogo pisany wierszem list z przestrogą. Pismu towarzyszyć miał zatruty sztylet i ciasteczka. Wypieki były tak charakterystyczne dla nizarytów a treść listu tak sugestywna, iż Saladyn miał zyskać przekonanie, iż to sam „Starzec z gór” odwiedził go w namiocie i wielkodusznie oszczędził. Wedle przekazu emir Egiptu niezwłocznie posłał przywódcy Sinanowi list, w którym się pokajał i obiecał nie atakować nizatrytów. Ile w tym prawdy? Nie wiadomo, dość że Saladyn odstąpił od oblężenia Masyafu i nie niepokoił już „Starca z gór”. Jego ludzie zaś niepokoili krzyżowców by wspomnieć o spektakularnym zakłuciu nożem Konrada z Montfferatu (28 kwietnia 1192r) na kilka dni przed jego koronacją na władcę Królestwa Jerozolimskiego. Przezorny przywódcę nizarytów nieufny w lojalność oszczędzonego przed laty Saladyna zapobiegł tym samym taktycznemu przymierzu jakie ów zamyślał zawrzeć z Konradem z Montfferatu (choć rozpatrywana jest bardziej prozaiczna motywacja zamachu – zemsta za zajęcie przez Konrada statku z towarami należącymi do nizarytów). Kiedy na tronie Królestwa Jerozolimskiego w miejsce Konrada zasiadł Henryk II z Szampanii „Starzec z Gór” zaprosił go do twierdzy al-Khaf by pokazać mu swą potęgę. Na dany znak dwóch młodych nizarytów ubranych w białe szaty rzuciło się przed chrześcijański królem z wieży by roztrzaskać się o kamienie.

Tak budowano legendę nizarytów. Legendę być może przesadzoną bo wszak nie oni jedyni, nie oni pierwsi i niestety nie ostatni zwykli skutecznie przenikać w szeregi swych przeciwników by następnie z całą bezwzględnością pozbawiać ich życia. A jednak na tyle trwałą, iż nawet dziś niektórzy badacze skłonni przypisywać im polityczne mordy popełniane ówcześnie nawet w odległych krańcach świata (taką hipotezę stawia się np. w przypadku zasztyletowania w 1231r. w bawarskim Kelheim księcia Ludwika I Wittelsbacha).

Rzec by można, iż „Strzec z gór” był nie tylko zręcznym i bezwzględnym politykiem, ale doceniał też rolę właściwie kształtowanego wizerunku. Nic więc dziwnego, że kiedy blisko sto lat po opisywanych wydarzeniach bezdroża Persji przemierzał słynny wenecki kupiec i podróżnik Marco Polo skrzętnie układał w zakamarkach pamięci zda się na poły baśniowe relacje o „złym księciu, Starcu z Gór”. W spisanym w genueńskim więzieniu „Opisaniu świata” snuje Marco Polo opowieść o założonym przez Sinana cudownym ogrodzie, gdzie wśród obfitości kwiatów, u brzegu kanałów wodą, mlekiem, winem i miodem płynących, kojąc uszy melodiami granymi przez najpiękniejsze niewiasty świata można ponoć było zażywać wszelkich ziemskich rozkoszy. Miała owa dolina być zadatkiem raju, gdzie wprowadzano uprzednio odurzonych opium młodzieńców. Tam zaś póty czynić mogli wszystko podług swej woli, póki na powrót po kilku dniach zniewoleni narkotykiem nie budzili się w pałacu „Starca z Gór”. Przeświadczeni o tym, iż prawdziwie pokosztowali raju byli odtąd gotowi oddać swe życie w skrytobójczych misjach by po śmierci do niego powrócić. Dziś rzecz jasna ów zaczarowany ogród, w którego istnienie sam Marco Polo zda się zapewne wierzył, postrzegany jest najczęściej jako wytwór otumanionej haszyszem wyobraźni. Nie sposób tego jednak przesądzić, bo kłóci się to z przekazem o surowych obyczajach nizarytów co wykluczać miało ich skłonność do narkotycznego nałogu. I tu potykam się jednak o wątpliwości, bo sunnici tworząc czarną legendę heretyckiej sekty nizarytów zwykli ich zwać hašišiyya co znaczy „zażywający haszysz”. Jak zauważa Małgorzata Jakiel z Uniwersytetu Warszawskiego, miało to deprecjonować nizarytów bowiem nałóg ten postrzegany jako występek bezbożników wywodzących się z niższych warstw społecznych. Podchwycili owo pogardliwe określnie rycerze krzyżowi zowiąc nizarytów assasynami. Wyraz ów w przedziwny sposób oderwał się zaś od swego pierwotnego znaczenia i skojarzony z niecnymi postępkami nizarytów na stałe już zagościł w europejskich językach jako synonim skrytobójcy i czasownik określający morderstwo. Mamy tedy w języku angielskim rzeczownik „assassin” i czasownik „assassinate” i odpowiednio w języku włoski „assassino” i „assassinare”, w języku francuskim „assassin” i „assassiner” w hiszpańskim „asesino” i „aseseinar”.

Lecz tylko na pozór zda się, że to koniec tej opowieści (jeśli nie liczyć internetowej gry, w której młodzi ludzie wcielając się w asasynów tracą kontakt z rzeczywistością). Ludzie parający się piórem zwykli bowiem dla efektu szukać słów skrzydlatych, przykuwających uwagę. Chcąc uzyskać – można by rzec, z ducha nizarycki – efekt zaskoczenia zamyślili oprzeć się na paradoksie, na grze przeciwieństw. Jeśli więc asasyn, jeśli więc zabójca to na pozór niewinny, najlepiej o dziecięcej twarzy. Stąd w języku angielski, dziś już nieco wyświechtane określenia „babyfaced assassin” – zabójcę o dziecięcej twarzy.

Podobno po raz pierwszy owa, w istocie nieprzyzwoita zbitka słów pojawiła się na łamach Daily Boston Globe 29 listopada 1941 roku w odniesieniu do Endicotta Peabody obrońcy w zespole futbolu amerykańskiego Harvard Crimson. Przypuszczać należy, iż skrzesano ją na okoliczność dziecięcego oblicza futbolisty, ale przeglądając dziś zbierane przez ówczesnych nastolatków karty z wizerunkami graczy skłonni jesteśmy powątpiewać w spostrzegawczość żurnalisty. Nic więc dziwnego, że do Endicotta miast owego „dziecięcego zabójcy” przylgnął przydomek „chub”.

Aż dziw bierze, iż palma pierwszeństwa nie przypadła w tym względzie do Lestera Joshepa Gillisa, który dekadę wcześniej gościł na pierwszych stronach gazet jako postrach amerykańskich bankierów. Pisano o nim – „Baby Face” Nelson za sprawą z lekka dziecięcej urody, a może pod wpływem niezwykle popularnego wówczas swingującego przeboju Jana Gabera. Rzecz jasna piosenka nie traktowała o urokach życia gangstera, ale jak wiemy ciąg iskrzących skojarzeń potrafi czasem zaskakiwać. „Baby Face” Nelson to dosyć ponura postać z czasów Wielkiego Kryzysu, czasu wojen amerykańskich gangów, czasów pełnych parszywych osobowości w dobrze skrojonych trenczach pod którymi czasami kryto śmiercionośny wynalazek Johna T. Thompsona. Zaczynał od młodzieżowych gangów i kradzieży opon, skończył skutecznie rabując banki jako prawa ręka Johna Dillingera – Wroga Publicznego nr 1. Powiadają, iż to on stał za słynną ucieczką Dillingera z więzienia Crown Point w Indianie, kiedy do zastraszenia strażników użyto rewolweru wykonanego z drewna (lub jak chcą inni z ziemniaka) przyczernionego pastą do butów. Ciągną się za nim nie tylko kradzieże i rozboje, ale i śmierć wielu osób, w tym trzech agentów FBI. Tyle tylko, że przy wsparciu pistoletu Thompsona trudno o skrytość przypisywaną nizarytom.

Na szczęście utarło się przydomkiem zabójcy o dziecięcym obliczu częściej niż złoczyńców obdarzać sportowców. Na szczęście, bo choć samo określenie należałoby uznać za niefortunne, fakt ten świadczy, iż więcej miejsca w naszej pamięci zajmują, którzy swą wygraną opłacają wyrzeczeniami i litrami potu niźli ci, którzy błądzą obierając życiową drogę na skróty. Szczególne miejsce pośród nich zajmuje norweski piłkarz Ole Gunnar Solskjaer, traktowany do dziś przez swych rodaków zgłodniałych futbolowych sukcesów z atencją równą tej jaką darzą dramaturga Henrika Ibsena czy malarza Edvarda Muncha. Urodzony w Kristiansund młodzieniec zachwycił już jako siedemnastolatek uczestnicząc w tradycyjnych dziecięco-juniorskich rozgrywkach Otto Cup, gdzie w sześciu spotkaniach zdołał strzelić 17 goli. Łatwość z jaką umieszczał piłkę w bramce przeciwnika – 115 trafień w 109 występach w barwach Clausenengen – sprawiła, iż w 1995 roku podpisał umowę z pierwszoligowym norweskim klubem Molde. W zespole z półwyspu Romsdal pograł tylko rok ściągnięty za sprawą swej skuteczności do renomowanego Manchesteru United. Na Old Trafford pod okiem legendarnego trenera Alexa Fergussona zyskał miano „zabójcy o dziecięcej twarzy”. Natura obdarzyła bowiem Norwega urodą pacholęcia, urodą opierającą się upływowi czasu. Śmiem twierdzić, że gdyby Peter Jackson zekranizował „Władcę pierścieni” kilka lat wcześniej wołano by za Solskjaerem „Frodo”. Skąd drugi człon przezwiska, skąd podobieństwo do nizaryckich wojowników? Bynajmniej, rzecz nie w strzeleckiej skuteczności, której napastnikowi Manchesteru odmówić nie można   – w ligowej karierze strzelił 260 bramek w 448 spotkaniach. Raczej w niezwykłej umiejętności gaszenia nadziei u przeciwników. Solskjaer zwykł czynić to w końcówkach spotkań wchodząc na boisko z ławki rezerwowych. Powiadają, iż ten niezwykle skromny i pracowity chłopak nie spalał się w żalu za brak miejsca w wyjściowej jedenastce Manchesteru, lecz pilnie obserwował przeciwników zza linii bocznej boiska by w kluczowym momencie na zimno wykorzystać słabości rywala. Nie raz uwiódł tym kibiców z Old Trafford. Oni odwdzięczali się intonując na trybunach piosenkę wzorowaną na starym przeboju „You Are My Sunshain” Jimmiego Daviesa – „Tyś jest mój Solskjaer, mój Ole Solskjaer / Obdarzasz mnie szczęściem gdy niebo tonie w szarościach”. Chociażby wtedy, gdy w lutym 1999 roku zdobył 4 bramki w ostatnich dwunastu minutach spotkania z Nottingham Forest. Zdaję sobie oczywiście sprawę, iż wyczyn ten blednie przy popisie Roberta Lewandowskiego, który we wrześniu 2015r. w wyjazdowym meczu Bayernu z Wolfsburgiem strzelił rywalom 5 goli w niespełna 9 minut (dokładnie 536 sekund), ale ówcześnie wydawał się niedościgniony.

Sława norweskiego napastnika jak „zabójcy o twarzy dziecka” rozlała się z Wysp Brytyjskich na całą Europę 26 maja 1999 roku po finałowym spotkaniu Ligi Mistrzów. W Barcelonie stanęły naprzeciw siebie ekipy Bayernu Monachium i Manchesteru United. Los sprawił, iż wcześniej spotkały się już dwukrotnie w fazie rozgrywek grupowych i dwa razy stan rywalizacji pozostał nierozstrzygnięty. Tym razem spotkanie musiało wyłonić tryumfatora. Nie będę udawał, iż oglądałem to spotkanie chłodnym okiem. Przeciwnie kibicowałem Manchesterowi, choć w jego składzie na próżno było szukać polskich piłkarzy (nie licząc świetnego duńskiego bramkarza Petera Schmeichela, któremu nie dość że na chrzcie na drugie imię dano po dziadku Bolesław, to przecież urodził się jako Polak a duńskie obywatelstwo otrzymał w ósmym roku życia). Można by rzec, że kibicowałem raczej przeciw niż za. Przeciw Niemcom, bo jak mawiał angielski napastnik Gary Lineker – „Piłka nożna to taka gra, w której udział bierze 22 zawodników, a w końcu zawsze wygrywają Niemcy”.

I tym razem, już w szóstej minucie objęli prowadzenie po strzale Mario Baslera z rzutu wolnego. Manchester się nie załamał, atakował ale to Bayern kontrolował sytuację na boisku. Kiedy w drugiej połowie piłka po strzałach Mehmeta Scholla i Carstena Jankera tańczyła na słupkach i poprzeczce angielskiej bramki nie tylko ja straciłem wiarę w możliwość odwrócenia losów tego spotkania. Z każdą upływającą minutą coraz pewniejsza wygranej zdawała się ekipa Bawarczyków. Na dziesięć minut przed końcem pozwolili sobie nawet na zdjęcie z boiska swego doświadczonego dyrygenta Lothara Matthӓusa. Kiedy trener Bayernu w 89 minucie chcąc zyskać na czasie tym razem zdjął z boiska strzelca jedynej bramki sędzia techniczny wskazał, iż mecz zostanie przedłużony o trzy minuty. Minutę później z racji rzutu rożnego w desperacji na pole karne Niemców powędrowała cała jedenastka Manchesteru. Piłka bita z lewej strony boiska przez Beckhama minęła na siódmym metrze przed bramką walczącego w powietrzu z trzema obrońcami Petera Schmeichela i padła po nogi Stefena Effenberga. Pomocnik Bayernu czym prędzej wybił ją przed siebie by zażegnać niebezpieczeństwo. Los chciał, że padła pod nogi Rayana Giggsa. Stojący na granicy pola karnego Walijczyk uderzył a lot piłki nieznacznie zmienił stojący na linii strzału Teddy Sheringham. I oto niemiecka część widowni zamarła, brytyjskie sektory   eksplodowały zaś radością. Był remis a do końca spotkania pozostały owe trzy doliczone przez sędziego minuty. Nim upłynęła pierwsza z nich Manchester znów z tego samego miejsca wykonywał rzut rożny. Tym razem dośrodkowanie przyjął na głowę Sheringham. Chyba chciał strzelać, a może celowo zgrał piłkę w prawo na pole bramkowe. Tam czekał Solskjaer przebywający na boisku od ledwie dziesięciu minut. Przyłożył nogę a piłka załopotała w siatce obok interweniujących obrońców i bramkarza Bayernu.

I to był właściwie koniec meczu a trzy czwarte Europy najpierw oniemiało a później skrzesało z ust uśmiech. Do tej pory to Niemcy swą nieludzką wręcz konsekwencją pozbawiali złudzeń przeciwników. W 1980 roku w finale mistrzostw Europy pokonują Belgię 2:1, zwycięską bramkę zdobywając w 88 minucie. W 1982 roku na szczęśliwym dla nas Mundialu w Hiszpanii w półfinale na 20 minut przed końcem dramatycznego spotkania przegrywają z Francją 1:3 by ostatecznie wyrównać i po karnych awansować do finału. W 1990 roku tytuł mistrzów świata zdobywają Niemcy po bramce zdobytej w 83 minucie. Tym razem na ich drodze stanął Norweg o dziecięcej twarzy by złamać, również ku mej satysfakcji, utarty stereotyp.

 

Jeśli miałbym jednak wyzbywszy się emocji wskazać kto najbardziej zasłużył na miano zabójcy o twarzy dziecka wskazał bym na Terry Spinksa. Któż to jest, u licha, Terry Spinks zapytacie. A ja odpowiem – śmieciarz, który sięgnął po olimpijskie złoto.

Był rok 1956 a cały sportowy świat szykował się do kolejnych igrzysk olimpijskich. Do Sydney wybierali się również rzecz jasna Brytyjczycy licząc, iż na australijskiej ziemi poprawią niechlubną – w ich mniemaniu – osiemnastą pozycję w klasyfikacji medalowej, jaką zdołali wywalczyć cztery lata wcześniej w Helsinkach. Niemal do ostatnich dni ważyły się losy składu ekipy brytyjskich bokserów, którzy na poprzednich igrzyskach nie zachwycili, ale rozegrane w 1955 roku w Berlinie Zachodnim Mistrzostwa Europy okraszone dwoma złotymi medalami (waga piórkowa – Thomas Nichols i waga półśrednia – Nicholas Gargano) na nowo wlały nadzieję w serca wyspiarzy. W kategorii muszej, która na ringu zwykła gromadzić młodzieńców o wadze nie przekraczającej 51 kg trudno było wskazać na kogoś, kto pójdzie w ślady nieżyjącego już srebrnego medalisty z Igrzysk w Paryżu z 1924 roku – Jamesa McKenzie czy mistrza Europy z 1934 roku z Budapesztu – Patricka Palmera. Przed czterema laty w Helsinkach stawał w ringu Walijczyk Dai Dower, ale zaraz po igrzyskach wolał posmakować zawodowstwa co ostatecznie wykluczało go z grona kandydatów. Może więc Derek Llody, który rok przed olimpiadą reprezentował Wielką Brytanię w Mistrzostwach Europy w Berlinie Zachodnim? Dziennikarze lobbowali za powołaniem osiemnastoletniego Terry Spinksa, wychowanka klubu z West Ham. Początkowo wyniki przemawiały za filigranowym synem bukmachera z East Endu. Dziewiątego kwietnia 1956 roku zdobył tytuł pięściarskiego mistrza Londyny, zaś dwa i pół tygodnia później pokonując Szkota Petera Walsha miano mistrza Wielkiej Brytanii. Wątpliwości zasiały rezultaty osiągane przez Spinksa na arenie międzynarodowej. Mawiano – zbyt zielony by walczyć o złoto, wskazując między innymi na porażkę z Henrykiem Kukierem podczas rozegranego w Warszawie towarzyskiego spotkania z Polską. Wysoko wieszano przed nim poprzeczkę zważywszy, że bokser z Lublina już wtedy miał na koncie tytuł Mistrza Europy z 1953 roku, medal brązowy z 1955 roku, cztery tytuły mistrza Polski, oraz udział w poprzednich igrzyskach olimpijskich. Zaufania nie wzbudzał też młody wiek Spinksa. Liczył wówczas ledwie osiemnaście lat, ale kto miał możliwość oglądać go ówcześnie na żywo lub po latach lustrować archiwalne zdjęcia nie dałby mu więcej niż czternaście. Nieco trójkątne w kształcie, gładkie lico, łobuzerski uśmiech, starannie niczym u ucznia ułożone włosy – jak mawia mój tato: krótko, po męsku, z grzywką. Tylko czasem z lekka podpuchnięta linia nosa skłaniała by posądzać do go podwórkowe szelmostwa, nie zaś o ciężki bokserski trening.

Kiedy nad składem reprezentacji na igrzyska radzili inni, on co dnia zarabiał jako śmieciarz w londyńskiej dzielnicy East End. W odróżnieniu od dziewiętnastowiecznych „dustmanów” miast wiklinowych koszy targał blaszane pojemniki. Nie dzierżył też w dłoni dzwonu, który powiadamiając o jego przybyciu mieszkańców jednocześnie natrętnie przywodziłby na myśl dźwięk gongu z bokserskiego ringu. Ostateczną decyzję podjęto ponoć tydzień przed igrzyskami, co ze względów organizacyjnych wydaje się mało prawdopodobne, ale jak ulał pasuje do snutej tu baśni. Bo też na baśń zakrawa opowieść o debiutancie, który na igrzyskach pokonuje wszystkich przeciwników. W pierwszej rundzie punktuje Pakistańczyka Samuela Harrisa, w drugiej zwycięża reprezentanta Argentyny Abela Laudonio. W międzyczasie ubywa mu jeden z głównych rywali – nasz Henryk Kukier odpada po pojedynku z faworytem gospodarzy Warnerem Batchelorem. W ćwierćfinale igrzysk los wyznaczył mu za przeciwnika Rosjanina Valdimira Stolnikowa, któremu kilka miesięcy wcześniej uległ na punkty podczas spotkania reprezentacji ZSRR i Anglii w Moskwie. Tym razem role się odwróciły, Spinks wygrywa na punkty. Podobny los czeka w półfinale Francuza Rene Libeer. W finale naprzeciw nieopierzonego nastolatka staje o osiem lat starszy Rumun Mircea Dobrescu, który zdążył już zdobyć srebrny medal mistrzostw Europy. I tu, ku uciesze Brytyjczyków piąty raz z rzędu na olimpijskim ringu zwycięża Spinks.

Spinks powrócił do Londynu w glorii najmłodszego boksera z Wysp, który kiedykolwiek sięgnął po olimpijskie złoto. Na East Endzie fetowano go bez umiaru, widząc w nim przyszłego zawodowego mistrza globu. I rzeczywiści rok później porzuca zawód śmieciarza na rzecz zarobkowania na ringu. Walczył w 49 pojedynkach 41 z nich rozstrzygając na swoją korzyć, w efekcie przez osiem miesięcy (od września 1960 roku do maja 1961 roku) nosił pas zawodowego mistrza Wielkiej Brytanii w wadze piórkowej. Ale błyskotliwa kariera Terriego Spinksa, która przyniosła mu przydomek „zabójcy o twarzy dziecka” była już w fazie schyłkowej. Miał problemy z utrzymaniem właściwej wagi, nęciły go też uciechy życia. Jeśli przymioty jego urody w przed igrzyskami nie pozwalały mu zakupić alkoholu, po Sydney nie miał z tym większego kłopotu. Był stałym bywalcem barów na East Endzie, lepiła się do niego łatka playboya o dziecięcej urodzie. Jego zdjęcia gościły na łamach bulwarówek, czasem w niezbyt pożądanym towarzystwie by wspomnieć choćby bliźniaków Ronalda „Ronnie” Kray’a i Regginalda „Reggie” Kray’a rządzących gangsterskim światkiem East Endu.

Opuściwszy w 1962 roku liny ringu Spinks zostaje trenerem. W 1972 roku jeszcze raz jedzie na igrzyska – w Monachium pełni rolę selekcjonera reprezentacji Korei Południowej. Tam „londyński asasyn” ma okazję stanąć oko w oko z prawdziwymi zabójcami (jeśli nie liczyć znajomości z braćmi Kray) – 4 września terroryści z palestyńskiej organizacji „Czarny wrzesień” porywają 11 członków ekipy olimpijskiej Izraela. Spinks jest jednym z pierwszych, którzy podnoszą alarm uniemożliwiając zajęcie kolejnych budynków. I to zdawałoby się kres chwały śmieciarza z wschodniego Londynu. Prowadzi bar, ale zda się że w tym przypadku dobra zabawa przyćmiewa ekonomikę. Twardy na ringu, jak wielu mu podobnych okazuje się mało odporny na pokusy a te powracają cyklicznie – alkohol, hazard, alkohol, hazard, alkohol… Na świat zda się patrzeć z naiwnością dziecięcia, z niedojrzałością, tak jakby wszystko miał wypisane na niepoddającym się upływowi czasu licu. Z biegiem lat przetańczy bar, przetańczy dwa małżeństwa, doprowadzając się do takiego stanu, o którym mawiają – za młody na dom spokojnej starości, zbyt niedołężny by żyć samodzielnie. Rzekłbyś jeśli to asasyn, to chyba ten który na skinienie „Starca z Gór” głową w dół rzuca się w przepaść.

Ale Pan Bóg w potrzebie posyła w potrzebie ku sobie ludzi. Bezskrzydłe anioły. Na drodze Terrego postawił jego kuzynkę Rosemery Ellmor. Kiedy dowiedziała się, że w 1994 roku trafił do szpitala pojechała tam. Nie poznała go co można tłumaczyć faktem, iż nie widzieli się blisko dwadzieścia lat ale i stanem kuzyna. Znać po nim było cenę beztroskiego życia, ważył ledwie około 45 kilogramów i miał bardzo ograniczony kontakt z rzeczywistością. Wedle tej energicznej kobiety dalszy pobyt w szpitalu nie dawał nadziei na poprawę. Nadziei brakowało też lekarzom. W domu pod jej opieką i z pomocą sędziwego już ojca po woli, bardzo powoli powracał do zdrowia. Nabierał wagi, na nowo uczył samodzielnie się ubierać, powoli wracała utracona pamięć. Kiedy Spinks senior odszedł z tego świata Rosemery porzuciła pracę by opiekować się kuzynem. Rozpoczęła również kampanię na rzecz przywrócenia pamięci o najmłodszym brytyjskim złotym medaliście olimpijskim w boksie. W styczniu 2002 Terry Spinks otrzymał Order Imperium Brytyjskiego (MBE), którego motto od 1917 niezmiennie brzmi „Za Boga i Imperium”. Kiedy go odbierał odczuwał radość, choć pewnie nie tak wielką jak ta, która nawiedzała go każdego ranka gdy uświadamiał sobie, że za sprawą Rosemery wciąż dane mu jest opowiadać o swym tryumfie w Sydney. Kolejnych igrzysk w rodzinnym Londynie już nie doczekał. Zmarł 26 kwietnia 2012 r.

Zgoła hollywoodzka historia. Mam jednak dziwną pewność, iż jeśli kiedykolwiek posłuży za kanwę filmowej opowieści powróci do nas mocno zmieniona. W imię konwencji, w imię łamania schematów, w imię oryginalności. Ja pewnie rzeknę wtedy – nie ta pleśń…