; Opowieść dwudziesta dziewiąta – przy głosie dzwonów snuta | KOMEKO

Felietony

11-01-2015 #Felietony

Opowieść dwudziesta dziewiąta – przy głosie dzwonów snuta

Śnieg objawił się tego roku na świętego Szczepana… Dziecięce noski przylepione do okiennej szyby i uśmiech, który na widok białego puchu pod nimi rozkwita. A potem radość brodzenia w owej bieli, która nie wiedzieć czemu nie chce być małym dłoniom posłuszna. Nic to jednak, że śnieżnych kul ulepić nie sposób. Równie zabawnie strząsać przemrożoną okiść z choinek i żywopłotów. Wiruje śnieżny pył w blasku ulicznych latarni, skrzą się roześmiane oczy, rumienią gładkie lica…

A potem w domu próbuję uładzić wilgotne włosy, pod czapką zmierzwione. Przemoczone buty zzuć trzeba. Ów śnieg, co lepić nam się nie chciał, do nogawic przylgną i dłońmi otrzepać go nie zdołasz. Nie ma wyjścia, przyjdzie i spodnie przesuszyć. Biegaj, leć do pokoju się przebrać… A potem kocem się otulisz i w blasku choinki bajać będziemy…

Słyszysz, dzwon na wieczorną mszę wzywa. Głos dźwięczny po mrozie się niesie. Wiedzieć, musisz, iż każdy dzwon imię i serce posiada. Jak człowiek. A i historię nie jedną jak dobry gawędziarz mógłby opowiedzieć. Wśród legend i przypowieści po siołach szeptanych te, w których z nagła dźwięk dzwonu nocą się odzywa szczególne miejsce mają…

Jedna z najstarszych, spisana przez Klemensa Bąkowskiego, sięga roku 1241, kiedy to okrutne mongolskie zagony Czyngis-chan najechały na Polskę. W styczniu spalono Lublin i Zawichost. Miesiąc później Tatarzy zdobyli Sandomierz. Książe sandomierski Bolesław Wstydliwy uchodzić musiał na Węgry a książę śląski, krakowski i wielkopolski Henryk Pobożny położył głowę w bitwie pod Legnicą. Łupem wojsk Czyngis-chana padł w tym czasie i Kraków. Miasta nie broniono a ludność okoliczna schronienia szukała po kościołach przed najeźdźcami, o których z trwogą mawiano „thartari” ród ich  z piekieł wywodząc. Mawiano później, iż dzwon z klasztoru zwierzynieckiego sióstr norbertanek do Wisły przez nich wrzucony, corocznie w noc Sobótki wypływa. Jego głos drżący  i smutny po rzece się niesie pomocy wzywając. O północy jednak toń Wisły się rozwiera i dzwon na rok cały w otchłań się zapada.

Wspomniałem, że lud małopolski z trwogą Tatarów wyglądał, ale wieść niesie, iż na Podlasiu prawdziwie czart swe łapy do losów ludzkich przykładał. Jest w malowniczej nadbużańskiej krainie miejscowość Korczew z przepięknym zespołem pałacowym, który ja jeszcze niszczejący przed renowacją oglądałem, a który dziś z wolna swą świetność odzyskuje. Cieszy tedy oczy sam neogotycki pałac niegdyś „siedleckim Wilanowem” zwany jak i zespół parkowy, za którym widok na dolinę Bugu się otwiera. Nim przez rozległe łąki wzrok nas ku rzece powędruje, przejść trzeba przez zgoła puszczański Dębniak, który starodrzew zachował. Z parkiem korczewskim jak Tomasz Lippoman podaje wiąże się legenda wywodząca się z czasów, kiedy lud był bardziej pobożny niżli dzisiaj. Z tej to przyczyny miejscowe diabły popadły w niełaskę u Lucypera, który pomstował na ich lenistwo. By temu zaradzić zebrały się na Łysej Górze i ustaliły by wedle pomysłu Boruty zwieść dobrych ludzi własny kościół budując. Wspólnym diabelskim wysiłkiem nim trzeci kur zapiał stanęła świątynia tak okazała, że z najodleglejszego krańca powiatu widoczna. Plebanem w fałszywym kościele został sam diabeł Rokita darem wymowy obdarzony. Dzwony potężne w smolnych kotłach wytopiono, organy diabelskie pobudowano, a tak zmyślna była to ułuda, iż kościół każdego dnia pełen był wiernych.  Nikt podstępu zwietrzyć nie zdołał. Największy nawet złoczyńca bez skruchy, pokuty i zadośćuczynienia rozgrzeszenie diabelskie dostawał, a ludność okoliczna całymi zastępami ku piekłu zdążała. Aż wreszcie zjawił się w korczewskiej okolicy scholastyk, mąż w Piśmie uczony. Zorientował się, że siła nieczysta działać tu musi, i jako że moc diabelska w świetle słabnie zaczaił się pewnego wrześniowego poranka pod kościelnym murem. Nie czekał długo, gdy osobliwy kościelny zza furty się wyłonił kopytami po ziemi dzwoniąc. Scholastyk żadnych wątpliwości mieć już nie mógł, egzorcyzmami i święconą wodą czarta potraktował. Ów rzucił się do ucieczki przez ukryte wrota do piekła a mąż uczony ruszył ku świątyni, gdzie zaspane i pijane diabły począł przepędzać. Nim więc słońce na niebie stało wysoko śladem biesów kościół ów fałszywy zapadł się pod ziemię. Dziś w owym miejscu jeden ze stawów parkowych zalega, po którego wodzie wiatr nocą dźwięk zatopionych dzwonów niesie…

Bogate są nasze polesko-lubelskie strony w opowieści o dzwonach co się porą nocną nad wodą odzywają. Posłuchaj tedy tych, które u nieżyjącego już redaktora Włodzimierza Wójcikowskiego odnalazłem. Moczyłeś swego czasu stopy w jeziorze Firlej. W czas burzy woda niczym na morzu w nim gwałtowna, a w dni spokojne nie tylko rybą obdarza, ale bywało iż rybacy cegły, belki drewniane i fragmenty gzymsów na brzeg wyciągali. Ponoć przed wiekami w miejscy tym miasto piękne stało przez pogan w większości zamieszkane. Zatwardziałe były ich dusze, więc przybywali  tu liczni misjonarze w zbrojnej asyście dla ochrony. Stanęła wreszcie na miejscu dzisiejszego jeziora świątynia przez zakonników wzniesiona o dzwonach ze srebra ulanych. Miały one zatwardziałe serca poruszyć i do modlitwy przywołać. A jednak razu jednego, w czas Wielkiego Postu lud pogański ruszył ku świątyni i zburzył ją doszczętnie. Padły na ziemie srebrne dzwony ostatnim brzmieniem niczym jękiem skargi głosząc swe poniżenie. Obok nich legli bez życia zakonnicy. Wieści o tragedii zapewne wiatrem niesione dotarły w odległe krainy. Usłyszał je stary Bałtyk, który był swego czasu świadkiem męczeństwa świętego Wojciecha i świętego Bruno z Kwerfurtu. Rozkołysał swe fale z bólu i oburzenia i póty uderzał nimi o brzegi piaszczyste póki ziemia nie ustąpiła i wody jego drążąc drogi podziemne na miejsce tragedii nie dotarły. Dawne to były dzieje, ale ponoć i dziś w czas Wielkiego Postu gdy wiatr szmaragdowe wody jeziora Firlej rozkołysze da się słyszeć mocny dźwięk owych srebrnych dzwonów.

Pamięć ludzka zawodną bywa i nikt dziś już nie zaręczy za jaką przyczyną cerkiewka na uroczysku Monaster w ziemi hrubieszowskiej, gdzie sławne Grody Czerwieńskie  w otchłani źródła Bezodnia się zapadła. Dość, że w niedzielę wielkanocną z głębi wody w czas rezurekcji głos dzwonów się odzywa. W zwierciadle sadzawki nadto koniec lnianej nici się pojawia, a kto oną nić pochwyci modlitwę ku czci Zmartwychwstałego Chrystusa odmawiając może ową zatopioną cerkiewkę na brzeg wyciągnąć. Pod jednym wszakże warunkiem – modlitwy podczas pracy przerwać nie może. Rzecz jasna nie każdy śmiertelnik szansy tej mógł dostąpić. Zdarzyło się jednak, iż łaską Bożą we śnie objawioną została obdarzona pewna dziewczyna, która nie mówiąc nic nikomu nad taflę Bezodni się udała i pogrążyła w modlitwie. Przepowiednia zdawała się ziszczać, bo dźwięk dzwonów dał się słyszeć i na wodzie nić lniana się objawiła. Chwyciła ją dziewczyna i z modlitwą na ustach ciągnąć ku sobie poczęła. Ale kiedy wynurzył się z wody krzyż co wierzchołek cerkwi zdobił w zadziwieniu „O Boże mój” wyrzekła. Cerkiew na powrót pogrążyła się w głębinie Bezodni i do dnia dzisiejszego pewnie tam pozostaje. Dziewyczyna do klasztoru wstąpiła, zaś lud pobożny na pamiątkę nową cerkiew tym miejscu postawił, która do 1826 roku tam stała nim ją do pobliskiego Wereszyna nie przeniesiono.

Wiedz, że równie przedziwne historie i gdzie indziej miejsce miały. W Wielkopolsce jest nieopodal Gostynia miasteczko Poniec. Przed laty, w co dziś pewnie uwierzyć trudno, otaczały je lasy w zwierzynę zasobne i bagna nieprzebyte. Jak „Kronika Gostyńska” podaje, zamieszkał pewnego razu na skraju boru człowiek, co żywot odludny prowadził. Nikt go nie znał, nikt nie widział skąd przybył, nikt o jego przyjaźń nie zabiegał bo i po prawdzie strach budził swym wyglądem. Lico za gęstą a kosmatą brodą skryte i spojrzenie co niepokój budzi przywodziły mieszkańców Ponieca do myśli, iż człek ów z złym konszachty miewa.  On zaś żył jak odludek, kawał mokradeł osuszył, zaorał, obsiał i plon zbierał. Naprzeciw zaś jego siedliska stał kościółek niewielki, postawiony by Boga w obliczu morowego powietrza przebłagać. Jako że w Poniecu pobudowano kościół okazały, zaszyta w lesie świątynia stała w owym czasie opuszczona. Powiadają, iż razu pewnego z wiosną leśny samotnik orał w jej pobliżu swe poletko. Szło mu ciężko, bo pora była deszczowa i rola błotnista. I dwa konie sochy uciągnąć nie mogły. Oracza gniew zdjął okrutny, konie począł batem po grzbietach okładać, twarz krwią mu nabiegła, włosy dęba stanęły. Wtedy to właśnie ozwał się głos dzwonu na wieżyczce kościelnej, co do jeszcze większej wściekłości go przywiodło. Rzucił ów nieszczęśnik przekleństwo okrutne w stronę świątyni a zaraz ziemia pod nim się rozstąpiła. Otchłań ogromna pochłonęła i oracza, i konie, i kościółek, i pole. Zrazu woda wylała i utworzyło się w tym miejscu jezioro, jako znak gniewu Bożego. Ni ryb w nim nie było, ni zwierzyny a i kąpieli nikt tam nie zażywał. Dziś i śladu po jeziorze nie ma, bo gdy pobliskie moczary osuszano i ono spłynęło i wyschło. Tylko wieczorem gdy kto zmęczony na chwilę na miedzy legnie i ucho do ziemi przyłoży głos zatopionego dzwonu usłyszeć może.

Inaczej rzecz się miała z dzwonem w podkarpackiej Trzcinicy. Od lat miał on swe miejsce w dzwonnicy przy starym, drewnianym kościele p.w. świętej Doroty w cieniu trzech wiekowych dębów, skąd wzywał wiernych na chwałę Pana. Aż razu pewnego, gdy Rzeczpospolitą zaborcy na trzy części rozdarli, w pobliżu świątyni miejscowy chłopak trzech żołnierzy austriackich zobaczył. Jeden z nich, najpewniej oficer, dłonią znacząco na dzwonnicę wskazywał co zważywszy, iż cesarz kolejną wojnę właśnie toczył (nikt dziś nie pomni czy to z Prusami czy z Francją) niczego dobrego wróżyć nie mogło. Jak tylko mógł najszybciej pobiegł ów młodzieniec do domu i wszystko co widział wyznał swemu ojcu. Zafrasował się ów gospodarz, bo słyszał że w czas wojennej zawieruchy cesarz nie tylko podatki podnosi i kontyngenty ustala, ale i wszelkie metalowe przedmioty rekwiruje by je na armaty i pociski przetapiać. Niechybnie  cesarscy po dzwon przybyli. Zerwał się gospodarz, kapotę na grzbiet narzucił, zaufanych sąsiadów zebrał i do proboszcza uderzył. Jeszcze tego wieczora, za jego wiedzą dzwon ściągnięto na ziemię i zakopano w pobliskim bagienku. Gdy zaś słońce stawało nad Trzcinicą zjawili się pod kościołem żołnierze wraz z wozem, na którym dzwon wywieźć zamierzali. Widząc, że dzwon zniknął wpadli we wściekłość okrutną i aż dziw bierze, że tylko na groźbach i przekleństwach się skończyło. Żołnierze odjechali zaś dzwon pozostał na wiele lat w ukryciu. Aż u schyłku wielkiej wojny światowej znów Polska w Trzcinicy rozkwitła a mieszkańcy postanowili dzwon wydobyć. Próbowano po wielokroć, ale dzwon musiał się pod swym ciężarem głęboko w bagno zapaść i na zawsze w owej otchłani pozostał. Jak pewnie zgadujesz i on nocą tęsknym głosem o swym losie przypomnieć potrafi…

Zasnąłeś? A ja rzec jeszcze miałem o Florianie, co w kresowej Wielkiej Hłuszy dzwonił. Piękny był to ponoć dzwon, franciszkanom przez królową Bonę w podzięce za ratunek ufundowany. Nic to, może sam kiedyś po książkę Marii Rodziewiczówny sięgniesz i przeczytasz jak pod komendą Bronki Weroszyńskiej ów dzwon chłopaki Skołubów i Skowrońskich nocą przed wojskiem ratowali. Przed Moskalem i przed Prusakiem w czas pierwszowojennej zawieruchy. A on wiosną 1919 roku wrócił i znów nad owym splądrowanym i umęczonym krajem piachów, wód i bagien przemówił, w serca radość i moc wlewając.

Bo widzisz, dzwony mają to do siebie, że w potrzebie do bagien, głębokich jezior czy stawów lubią uchodzić. W czas wojny bowiem, gdy złota na nowy oręż braknie łakomią się na nie wszyscy by je przetapiać. Nie są w swej niedoli wyjątkowe, ofiarą rabunków czy zorganizowanych zbiórek pada wszystko co z stali wykute, co w metalu odlane. Gdybyś nie drzemał, pewnie rzekłbyś – recykling…

Wiele lat wcześniej, podczas wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych 9 lipca 1776 roku ofiarą uniesień tłumu po odczytaniu Deklaracji Niepodległości padł w Nowym Jorku ołowiany pomnik króla Anglii Jerzego III. Ważący 4.000 funtów konny posąg przetopiono w Connecticut na 42.088 kul do muszkietów by razić nimi brytyjskich żołnierzy. Oszczędzono jedynie ważąco około 50 kilogramów królewską głowę, którą rebelianci obnosili jako trofeum, a którą Brytyjczykom udało się odzyskać i odesłać na Wyspy. Zryw, który zaowocował zerwaniem łączności północnoamerykańskich kolonii z Wielką Brytanią obfitował zresztą w podobne wydarzenia. Wobec braku broni w odpowiedzi na apel Jerzego Waszyngtona przetapiano łańcuchy kotwiczne, ale bezpieczne nie były nawet żeliwne garnki czy czajniki.

I tak już będzie za każdym razem, gdy wojenny walec przetaczać się będzie przez kolejne krainy. Ale dopiero gdy w 1914 roku wybuchła wojna światowa, skala konfliktu i jego długość wymusiła niezwyczajne działania w celu pozyskania surowców. W istocie nikt nie przewidział, iż prawie od pierwszego dnia mobilizacji zacznie brakować wszystkiego. Na froncie sprzętu, broni, amunicji, na jego zapleczu żywności i opału. Po każdej ze stron poczęły pojawiać apele o zbiórki na potrzeby armii. W Austro-Węgrzech w kwietniu 1915 roku zarządzono „Patriotyczną wojenną zbiórkę metali”, w którą cesarski minister wojny zamyślał zaangażować młodzież szkolną. Zachowały się do dziś pożółkłe druki ulotne z Krakowa, w których pisano:

„Pośrednikiem między zarządem wojskowym a ludnością ma być nasza młodzież szkolna! Ona będzie współdziałała w jej pierwszych latach życia – tak dostępnych dla wrażeń – w wielkich obowiązkach jakie wojna nakłada na ogół ludności. Będzie to dla niej pierwszą daniną dla armii. Kto odmówi młodocianym wojennym zbieraczom gdy zapukają do drzwi naszych mieszkań i sklepów, kto zechce pozbawić się przyjemności ujrzenia tych oddalających się twarzy radośnie zarumienionych z powodu zadania dobrze spełnionego!?

Przygotujcie przedmioty, bez których obejść się możecie i które chcecie ofiarować, aby młodocianym pośrednikom naszej patriotycznej prośby towarzyszyło przez życie, wspomnienie wydatnego i rychło dokonanego wyniku ich dzieła.

Co się wszystko zbierać będzie?

Sprzęty domowe, naczynia kuchenne i inne przedmioty przede wszystkim z miedzi, nadto z mosiądzu, brązu, spiżu, cyny, niklu czystego, ołowiu, antymonu i glinu.

Żadna rzecz nie jest zbyt małą!”

Nie powiem ci jak wiele sztućców, patelni, kociołków, wanien, kurków, sprzączek, trąbek i innych rzeczy zebrano. Bo i każda ilość w czas takiej wojny będzie niewystarczająca. Rozpoczęły się tedy przymusowe rekwizycje i owe grabieżcze najazdy na kościoły i kaplice, z których zabierano i dzwony, i organowe piszczałki. Bywało i blachę miedzianą z dachów zrywano.

W sprzymierzonej z Cesarstwem Austro-Węgier Rzeszy Niemieckiej również początkowo odwoływano się do uczuć patriotycznych prowadząc powszechną zbiórkę metali szlachetnych pod hasłem „Gold gab ich für Eisen”. Na rzecz potrzeb wojennych oddawano złotą biżuterię i złote monety. Ale w roku 1916 zaczęto sięgać po wszelkiego rodzaju stopy metali – ludność oddawała wszelkie sprzęty domowe wykonane z miedzi, mosiądzu, brązu i cyny. Początkowo ofiarodawcy otrzymywali nawet w zamian zamienniki wykonane z szarego żeliwa ozdobione stosowną sentencją zaświadczającą o szczodrości i patriotyzmie właściciela. Czwarty rok wielkiej wojny przyniósł 5 stycznia 1917 rozporządzenie nakazujące przymusowe zdawanie przez właścicieli barów i tawern oraz wszelką ludność cynowych kufli i naczyń. Na południu Niemiec dwakroć uderzono w piwoszy rekwirując w browarach miedziane kotły warzelne. Aż wreszcie tego samego roku rozpoczęła się rekwizycja dzwonów. Była ona w samej Rzeszy prowadzona metodycznie – sporządzano rejestry dzwonów, oceniano je pod kątem wartości historycznej. I tak jak w Austro-Węgrzech, to co na terenach rdzennie niemieckich miało charakter zbiórek powszechnych, dobrowolnych na terenach anektowanych czy podbitych przybierało postać zwykłego rabunku. Szacuje się, że podczas I  wojny światowej przetopiono około 65.000 dzwonów. Podobnego charakteru rekwizycje miały miejsce w carskiej Rosji. Inaczej rzecz się miała ze zbiórką surowców w dalekiej Ameryce. W 1916 roku za sprawą Williama Redfielda  pełniącego funkcję sekretarza handlu w gabinecie prezydenta, wobec niedoboru na rynku papierniczym,  rozpoczyna się zbiórka szmat i makulatury. Rok później rząd federalny pod hasłem „Nie marnuj śmieci – oszczędzaj” („Don’t Waste Waste – Save It”) wprowadza program powszechnej zbiórki wszelkich surowców.

Po dwudziestu latach historia zatoczyła koło. Po przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny, w czerwcu 1942 roku rząd federalny powołał Zarząd Produkcji Wojennej w celu koordynacji gospodarki surowcowej w czasie wojny. W jego ramach stworzono Departament Odzysku (Salvage Departament), który opracował szczegółowe instrukcje w zakresie metod zagospodarowania wszelkich rodzajów surowców wtórnych. Ów departament był również odpowiedzialny za wsparcie organizacyjne i edukacyjne, co czynił z dużym rozmachem. Powołano do życia 20 tysięcy lokalnych komitetów organizujących zbiórkę surowców, w programie wzięło udział 400 tysięcy wolontariuszy. Akcję wspierały m.in. plakaty autorstwa Barkleya McClellanda nadwornego grafika Hollywood, General Motors i najpopularniejszych amerykańskich magazynów w latach 30-tych i 40–tych. Tym razem nacisk położono na zbiórkę metali, mobilizując Amerykanów przestrzegając, iż „Jeśli w twym domu pozostanie nawet kilka kilogramów złomy, wspierasz państwa Osi” lub groteskowo zapewniając, że nawet dzięki odzyskowi metalowych fiszbin z gorsetów można by zbudować okręt wojenny. Inicjowane są konkursy szkolne, a w czerwcu 1942 roku do życia zostają powołane dziecięce zastępy zwane „Junior Salvage Commandos”. Ich zadaniem była zbiórka złomu pod przewodnictwem Małej Sierotki Ani („The Litlle Orphan Annie”), która od 1924 roku bawiła dzieci swymi przygodami w komiksach publikowanych na łamach „Chicago Tribune” i „New York Daliy News”.  Z błogosławieństwem władz w ciągu kilku miesięcy do programu przystąpiło blisko 20 tysięcy małych komandosów, którzy za swe osiągnięcia otrzymywali kolejne „stopnie podoficerskie”. Swoistą kadrę oficerską stanowili nauczyciele, choć i tak nad wszystkim czuwała Mała Sierotka Ania, którą obdarzono stopniem pułkownika ze swym nieodłącznym psem Sandy.

Domyślasz się, że równie intensywne zabiegi o pozyskanie jak największej ilości surowców do produkcji zbrojeniowej podejmowali przeciwnicy. W Niemczech miast małej dziewczynki z komiksu, zbiórce surowców patronował marszałek Rzeszy Hermann Göring.  Pośród licznych tytułów i funkcji, w których kolekcjonowaniu się lubował, pełnił on od października 1938 roku stanowisko  komisarza PIanu Czteroletniego. Plan ów zakładał przygotowanie w ciągu czterech lat niemieckiej armii i gospodarki do prowadzenia wojny, dając Göringowi faktyczną kontrolę nad gospodarką Trzeciej Rzeszy. Hitlerowskie Niemcy nie były krajem samowystarczalnym surowcowo, a potrzeby przemysłu zbrojeniowego rosły z każdym rokiem. Nic więc dziwnego, że wiosną 1940 roku przed kolejnymi urodzinami Adolfa Hitlera pojawił się pomysł złożenia przez Niemcy swoistego prezentu w postaci powszechnej zbiórki metali („Metallspende des deutschen Volkes”). W punktach zbiórki lądowało wszystko co było wykonane ze stali, metali nieżelaznych, mosiądzu czy brązu. Obok sprzętów domowych, instrumenty muzyczne, trofea sportowe, elementy ogrodzeń, bram, balustrad a nawet krzyże cmentarne. Najbardziej zasłużeni otrzymywali dyplomy z facsimile „grubego Hermanna”.  By smutnej tradycji stało się zadość 15 marca 1940 roku wydano zarządzenie pozwalające kwalifikować do przetopienia dzwony kościelne (każdy z dzwonów miał swoje miejsce w centralnej kartotece). Wyróżniono cztery grupy. Grupę A stanowiły dzwony odlane po 1875 roku, i które nie przedstawiając wartości historycznej miały być zdjęte i przeznaczone w pierwszej kolejności do recyklingu. Dzwony zakwalifikowane do grupy B (dzwony z XVII i XVIII wieku) oraz grupy C (dzwony średniowieczne) nie były pewne swego losu – zarekwirowane miały pozostawać w rezerwie i być przetopione w wypadku wyczerpania się zapasów dzwonów z grupy A. Bezpieczne mogły być tylko te zakwalifikowane do grupy D, uznane za szczególnie cenne. O konieczności ich rekwizycji miał decydować osobiście Göring.

I jeszcze raz rozpoczęła się grabież, przy której bladły wydarzenia sprzed lat dwudziestu. Do Niemieckich hut z samej Rzeszy trafić miało 45 tysięcy dzwonów, z krajów okupowanych kolejne 35 tysięcy. Na ziemiach polskich wcielonych do Rzeszy zagrabiono 3419 dzwonów, w Generalnej Guberni tylko do października 1941 ogołocono blisko 600 dzwonnic. Lwią część wszystkich dzwonów kierowano do dwóch zakładów w Hamburgu,  pozostałe do hut w Orianenburgu, Hettstedt, Ilsenburg, Kall i Lünen. Tam też mieściły się słynne Glockenfriedhof – „cmentarzyska dzwonów” na których spoczywały nim przyszła ich kolej by stopić się w ognistym wnętrzu hutniczych pieców.

Proceder trwał do ostatnich dni lipca 1943 roku, kiedy to w ramach Operacji Gomora lotnictwo amerykańskie i brytyjskie w serii nalotów bombowych zniszczyło blisko trzy czwarte powierzchni Hamburga. Uszkodzeniu uległy również huty, w których przetapiano dzwony składowane w portowej dzielnicy Veddel. Zdjęcia, na których uwieczniono owe cmentarzysko robią wrażenia do dzisiaj. Niezliczone ilości dzwonów, okaleczonych, pozbawionych serc. Takimi zapamiętali je brytyjscy żołnierze, którzy 3 maja 1945 roku uwolnili ocalałe 16 tysięcy spiżowych jeńców. Wśród nich 2 tysiące dzwonów z Polski.

Właśnie… Polska… Mógłbyś pomyśleć, iż polskie dzwony tylko po niewoli trafiały do hutniczych pieców. Jeśli jednak sięgnąć do zapisków z 1830 i 1831 roku okaże się, iż ich serca choć kute ze stali, miękły w potrzebie. W miesiąc od wybuchu Powstania Listopadowego generał Chłopicki zawiadomił Radę Najwyższą Narodową o szybkiej rozbudowie armii, w tym artylerii, którą zamierzał wzmocnić przez odlanie 100 spiżowych armat. Mając na względzie, iż w chwili wybuch powstania Królestwo Polskie nie miało żadnych zakładów zbrojeniowych oraz zapasów surowca, a w grudniu 1831 roku zarówno Prusy jak i Austria zabroniły wywozu wszelkich materiałów wojennych, Rada postanowiła dokonać za zgodą kościoła spisu uszkodzonych i zbędnych dzwonów. W pierwszym rzędzie klasztornych, w następnej kolejności kościelnych z wyłączeniem parafialnych. Z raportu sporządzonego przez generała Bontempsa wynikało, iż by zrealizować plan odlania 100 armat należy pozyskać 450.000 funtów kruszcu z dzwonów (oraz 300.000 funtów miedzi). Oznaczało to konieczność poświęcenia 225 dzwonów. Akcja przebiegła bardzo sprawnie, najlepiej w województwach mazowieckim, kaliskim, płockim i lubelskim. Jedyny kompletny rejestr zajętych dzwonów zachował się dla województwa lubelskiego. Zebrano tu 60 dzwonów, w tym duży ważący 6.742 funtów uszkodzony dzwon „Michał” z kolegiaty w Lublinie. Ofiarowane w całym Królestwie przez duchowieństwo dzwony mogły teoretycznie posłużyć do wyrobu 65 armat. Do końca Powstania Listopadowego ze względu na braki ludwisarzy i niezbędnych urządzeń udało się wykonać jedynie 20 dział.

Rozgadałem się jak zawsze. Zgoła nie bajkowo, ale jak zwykł podśpiewywać Twój dziadzio (słowami żołnierza i poety Eugeniusza Małaczewskiego) „Świat cały śpi spokojnie, i wcale o tym nie wie, że nie jest tak na wojnie, jak jest w żołnierskim śpiewie”. A czas taki, że Moskal Krym zajął, wiorsta po wiorście zajmuje Donbas, wspólnoty i sojusze zajmują stanowisko…

Ale dość, czas cię budzić. Roześpisz się na dobre a potem wieczorem nie będziesz mógł zasnąć..  Może kiedyś sięgniesz po „Po Floriana z Wielkiej Hłuszy”. Choćby dla tych kilku zdań, które  tu dla Ciebie spisałem …

„Dobrodzieju! – rzekł ksiądz. – Jam to sobie przemedytował, żyjąc i ludzi obserwując. – Ten próżniak, ten kłamca, ten zawistnik, ten chciwy, a wszyscy samoluby i oszczercy bliźniego, i tchórze, i nikczemniki. Zgroza bierze i rozpacz, że taka ludzkość.

A jak się człowiek wstecz obejrzy w historię, w sztukę, w wiarę, w wynalazki, w pomniki cnoty, piękna i dobra, w skarby ducha i rozumu, to by przed tą ludzkością padł na kolana ze czci i uznania. Tylko kto chce silny być i do całożyciowego boju gotowy, ten niech się strzeże, jak choroby dwóch szatańskich mocy: pesymizmu i nienawiści. Swoje rób, w dobro wierz, podłości jak robactwa unikaj i pracuj, pracuj, pracuj. A jak zwątpisz, to się skup – przypomnij jak dziś Florian grał. Przez życie powszednie mało się zdarzy takich momentów jak ten, cośmy przeżyli dzisiaj! Trza je zachować do śmierci!

Dobrzy ludzie są i radość życia mieć można, gdy się wśród ludzi przyjaciół potrafi zdobyć i przyjacielem być! Eh, nie taki świat zły, jak źli o nim mówią i jak się wydaje przez czarne okulary patrząc.”