; Opowieść dwudziesta ósma – w czas przedświąteczny pisana | KOMEKO

Felietony

23-12-2014 #Felietony

Opowieść dwudziesta ósma – w czas przedświąteczny pisana

Ta opowieść miała być początkowo o czym innym.  W biegu, między pracą a domem, snem a jawą, lgną do mnie okruchy pamięci, echa chwil minionych i kuszą by kolejną noc zapisać w poczet niedospanych. Pochylony nad stołem przyjmuję ich zaproszenie a one przybierają kształty miejsc, ludzi i zdarzeń. W niemal dziecięcym zadziwieniu odkrywam, iż na pozór ze sobą nie związane poczynają  wzajem się zaplatać. Wiodą za sobą, uchylają coraz to nowe zasłony. I tak niepostrzeżenie umykają kolejne godziny a ja muszę się bronić przed przemożną chęcią zbudzania najbliższych by dzielić się z nimi kolejnym odkryciem.

Owa dziecięca radość, ów cud zadziwienia – wspomniałem na nie, gdy mój przyjaciel spytał mnie, czy odczuwam nadchodzące Święta. Pytał w kontekście codziennego zabiegania i raził celnie. Bo przecież rzecz nie w wszechobecnym świątecznym wystroju sklepów. Witryn, w których zieleń choinek i blask bombek musi pokryć się kurzem jeśli zagościły tam już zgoła po Dniu Zadusznym. Kręci się handlowa karuzela. Zakupy umilają znajome melodie. Pal licho, gdy sklepowe radiowęzły zdzierają do białości płyty z amerykańskimi standardami – „White Christmas” Irvinga Berlina, „Have Yourself a Merry Little Christmas” Judy Garland, „The Little Drummer Boy” Katherin Davies, „Let it snow, let it snow, let it snow” Sammy’ego Cahna czy „Jingle bells” Jamesa Pierponta. Każdy z nich uroczy. Co ciekawe wiele tych najpiękniejszych powstało za oceanem w latach czterdziestych, w czas wojennej zawieruchy.

Pal licho, powtórzę bo to w istocie nie kolędy a jedynie zimowe piosenki. Czasem wyrażają bożonarodzeniową nostalgię, a czasem jak w „Jingle Bells” opiewają sannę i uroki przejażdżki jednokonnymi saniami. Szczególnym przypadkiem jawi się po trzykroć melodyjnie powtarzany apel „Let it snow…”, który wyraża tęsknotę za białym puchem, ale nie jak by można sądzić w szare, bezśnieżne grudniowe dni a w upalne, lipcowe południe. Jedynie „Małego dobosza” zwać by można pastorałką. Katherin Davies korzystają z muzycznego motywu starej czeskiej kolędy stworzyła chorał opowiadający historię chłopca, który nie mając co złożyć w darze Jezusowi, za zgodą Maryi zagrał na bębenku czym uradował Dziecinę. Gorzej gdy, pośpiesznym zakupom w centrach handlowych towarzyszą prawdziwe kolędy. Wyrwane z miejsca, wyrwane z kontekstu. A przecież powtórzmy za Adamem Sikorskim i jego  „Kolędą rozterek” – „przecież musi być stół, i dobre oczy nad stołem, ulica kręta w dół i łuna ponad kościołem”.

Nie przeczę, rozkochany jestem w naszych kolędach i pastorałkach, od małego zachęcany przez tatę do wspólnego rodzinnego śpiewu. Zdzieramy tedy gardła zgodnie ze zwyczajem – od Wigilii począwszy po niedzielę Chrztu Pańskiego. Śpiewamy owe pieśni pełne radości i wesela, pełne poufałości w opowiadaniu o narodzinach Syna Bożego. I te spod piór szlachetnych zrodzone, jak „W żłobie leży” Piotra Skargi czy „Bóg się rodzi” i „Bracia patrzcie jeno” Franciszka Karpińskiego, i te równie piękne, których autorów przez wieki zapomniano. Z kart dziewiętnastowiecznej kantyczki ożywają urocze pastorałki, pełne żywych postaci pasterzy zbudzonych jasnością pośród nocy. „Owo coś  z nieba wielkiego, jak góra by chmura na dół się toczy, błyszczy się przedziwnie aż bolą oczy” tłumaczyć będą sobie wzajem w zadziwieniu Kuba, Maćko, Kaźmierz, Wojtek czy Bartos. „A gdy usłyszeli anielskie pienie, że się narodziło ludzkie zbawienie, krzyknął jeden na drugiego, pójdźmy oglądać nowego Gościa na ziemi”. Śpiewamy tedy a pastuszkowie gotują się do drogi biorąc ze sobą dary, czasem zaskakujące ale z serca „Weź Kuba barana ja koszyk gruszek, A ty weź Michale masła garnuszek, I baryłkę wina, by się ta Dziecina cieszyła”. W innej pastorałce „Kuba stary przyniósł dary masła na talerzu, Sobek parę gołąbeczków takich jeszcze w pierzu, Wziął Tomek gomółek i jajeczko gęsie, A Bartek nie miał co dać dobre chęci niesie”. Nikt nie chce darmo witać Pana, a jest rzeczą oczywistą, że nikogo u wrót stajenki zabraknąć nie może – „Pójdźże i ty Szymku za nami w drogę, Ach nie zdołam bo mam kulawą nogę, To cię na kozę wsadzimy, A przecie niechaj będziemy we społeczności”. Ruszą tedy w drogę usianą przygodami –  jedni gubią niesforne koźlęta, inni zęby  – bo gruda i lód śliski wokół, bywa ślepia wilcze ich strwożą. Stają wreszcie przed stajenką jako i my zadziwieni – „Przychodzą, w oborze, Panna, staruszek i dziecię, Takież to, krzyknął wielki Boże! Ubogie twoje powicie”. Nie zrażeni, oddają swe prezenty a swą radość wyrażają tak jak najlepiej potrafią tańcem i muzyką – „Jacek chudy zagrał w dudy, A my w taniec wkoło budy, A ty też Michale zagraj na flecie, A za to kolędę dobrą weźmiecie”. Jako i my nie żałowali ponoć i śpiewu – „A kiedy z nich jedni Panu śpiewali, drudzy na multankach i dudkach grali, inny po szopie pląsali, wiwat, wiwat wykrzykali Narodzonemu”. Głośno i wesoło musiało być u żłóbka, bo i głosy pasterzy donośne i instrumentarium bogate. Przewijają się w pastorałkach i dudy, i multanki (dziś powiedzielibyśmy – fletnia),i basy, i skrzypki. Hawryło z Banachem pogrywają na malowniczej lirze korbowej a Jędrek dmie w surmy, które na ziemie Rzeczpospolitej zawędrowały z janczarskimi kapelami. W takiej kompanii odnalazłby się pewnie i mały dobosz. Pogrywają tedy na uciechę Panięciu, ale baczą pilnie na świętego Józefa „bo laski pod żłobem maca, kto wie czy nie na nas bracia, w nogi zawczasu”. Ale choć święty Józef wspomni coś o sturbowanej głowie, przecież rozumie radość pastuszków – „Józefie staruszku ojcze kochany, jakże mamy odejść Pana nad pany, my się radzi doczekali, żeśmy boga oglądali w maleńkim ciele”.

Wyznam, wam w sekrecie, że zwodzi mnie ta niezwykła melodyjność pastorałek i dla samego siebie niespodzianie poczynam je nucić przy przedświątecznych porządkach. Półgłosem, strofując się, że to nie czas jeszcze, nie pora. One zaś kuszą bo zda się lżej przy nich sprzątać a czasu mało.

Co się zaś tyczy sprzątania, wiedzieć wypada, iż o ile w Dzień Bożego Narodzenia sprzątać wedle starego zwyczaju nie można, o tyle na świętego Szczepana, w drugi dzień świąt miała owa czynność znaczenia szczególne. Owego dnia gości za świątecznym stołem spodziewać się można, do czego specjalną wagę panny winny przykładać. Nim więc z życzeniami w progu domostwa się zjawią izbę należało posprzątać, zebrać siano ze stołu i słomę rozścieloną na podłodze. Osobliwie odbywało się to na Śląsku gdzie panny zamiatały izbę na opak, to znaczy od drzwi, w których pewnego dnia zjawić się może upragniony kawaler, ku oknom. Zebrane śmieci, niezależnie od regionu, należało wynieść z chałupy i… tu pojawiały się drobne różnice. Na Pogórzu Ciężkowickim panny wysypywały śmieci przed dom na kształt kół i czekały na przylot ptaków by wróżyć. Jeśli pierwsza przysiadła wrona znak to, że kawaler bogaty będzie, sroka wróżyła średniaka, wróbel zaś biedaka. Na Śląsku wyrzuciwszy śmieci za płot nasłuchiwano skąd pies szczeknie, co wskazywać miało z których stron kawalera należy się spodziewać. W okolicach Markuszowa na Lubelszczyźnie w rolę psów wcielało się ptactwo a znaczenia miał kierunek skąd miało się zjawić, nie zaś jak na Pogórzu jego rodzaj. Bez zwierząt natomiast próbowano radzić sobie na Łemkowszczyźnie, bo panny wyrzuciwszy śmieci hukały donośnie by echo wywołać. Skąd zaś głos powrócił, stąd przyszły kawaler miał się zjawić. Jeśli jednak widok rozsypanych śmieci zwabił ptactwo – wróbel zwiastował kawalera, wrona zaś wdowca. Wracając zaś do chałupy panna zbierało drzewo do pieca a policzywszy polana wiedział kiedy ślubu czekać – jeśli liczba drewienek była parzysta, weselisko na przyszły rok pisane.

Cały ów rytuał miał pewnie miejsce o świtaniu, gdyż każda panna liczyć się również musiała z porannymi odwiedzinami narzeczonego czy potencjalnych kawalerów, którzy schodzili się na tzw. śmiecie. W Małopolsce w ziemi bieckiej, gdy narzeczony zastawał izbę nie uprzątniętą panna musiała się wykupywać i stawać napitek, co jednak uznawano za złą wróżbę, świadczyło o niegospodarności i bywało, że tacy narzeczeni nie stawali na ślubnym kobiercu. Na Podkarpaciu bywało, że chłopcy zjawiali się pod domami panien już po północy. Zbrojni  w miotły, tam gdzie izba była jeszcze nie uprzątnięta domagali się od dziewcząt wykupnego w postaci poczęstunku. Ponieważ dziewczęta jako się rzekło sprzątały izbę zawczasu, „śmieciarze” zwykli przynosić ze sobą słomę, którą sami rozsypywali po podłodze by szansy na poczęstunek nie stracić. Co ciekawe, na podkarpaciu początkowo do I wojny światowej do panny chadzali jedynie ci z kawalerów, którzy starali się o jej rękę. W Małopolsce jako „śmieciarze” chadzali czasem również mężczyźni żonaci przez wzgląd na tradycję ale i możliwość owego wykupu. Szczególnym przypadkiem „śmieciarza” był despetnik, który na kpiny i przygany panny narażał. W noc z Bożego Narodzenia na świętego Szczepana rozsypywał słomę od strony drogi, tak by ludzie zmierzający do kościoła śmiali się z panny „ze słomianą drogą”. Szczególnie narażone  na owe zabiegi były panny wyniosłe, przebierające w kawalerach, ze względu na ich zamożność. Takiej „wybryśnej” dziewczynie despetnicy zawieszali kawalera ze słomy na dachy ku własnej i innych uciesze. Bywało, że zawisł liścik do piersi kukły przypięty, którego treść ostatecznie odzierała pannę z próżności.

Czas już kończyć opowieść, do świąt się gotowić. Dom  i duszę oczyścić miast, miast słowem darmo gubić. Tedy wszystkim…. tym którzy co dnia pracowicie zapełniają głębiny pojemników, i tym których potem setki ich przetaczają by opróżnić w otchłaniach śmieciarek, pochylonym nad taśmą sortowniczą i tym którzy wszelki ów trud starają się organizować i rozliczać,  a w szczególności tym co najdłużej trwać będą w wigilijny wieczór na swym posterunku składam bożonarodzeniowe życzenia – zdrowych, wesołych Świąt i Bożego Błogosławieństwa, które pozwala mierzyć rzeczy właściwą miarą, mieć marzenia ale cieszyć się z rzeczy drobnych…