; Opowieść dwudziesta piąta – za pan brat, świnia z pastuchem | KOMEKO

Felietony

16-11-2014 #Felietony

Opowieść dwudziesta piąta – za pan brat, świnia z pastuchem

Dnia 2 marca 1876 roku, po siedmiu dniach żeglugi zawinął do Nowego Jorku czteromasztowy liniowiec SS „Germanica”, powiewając na wietrze charakterystycznym dla linii żeglugowej „White Star” czerwonym proporcem z białą pięcioramienną gwiazdą. Była „White Star” linią tyleż słynną co pechową. W 1854 roku straciła w dziewiczym rejsie z Liverpoolu do Melbourne kliper RMS „Tayleur” – morze pochłonęło 380 pasażerów. Ów trójmasztowiec zyskał po latach miano forpoczty „Titanica”, najsłynniejszego statku ze stajni „White Star”, który również w swym pierwszym rejsie z Liverpoolu do Nowego Jorku dopełnił żywota po zderzeniu z górą lodową. Tym razem wody oceanu pochłonęły 1502 członków załogi i pasażerów.

U progu marca 1876 roku bryła „Titanica” nie rodzi się nawet jeszcze w przepastnej wyobraźni brytyjskich konstruktorów. W świadomości pasażerów tkwić mogła raczej historia RMS „Atlantic”, który ledwie dwa lata wcześniej rozbił się na skałach niedaleko Halifax w Nowej Szkocji, podczas rejsu na pechowej trasie z Liverpoolu do Nowego Jorku.  To tylko przypuszczenia, ale pewnie gdy fala za falą uderzały ciężko w burty statku a ów wydawał z siebie niepojące jęki i westchnienia, starali się wyprzeć z pamięci owe 535 oddanych morzu istnień ludzkich.

Na szczęście po siedmiu dniach rejsu parowiec „Germanica” szczęśliwie rzucił cumy w Nowym Jorku. Z jego pokładu zszedł na ląd niespełna trzydziestoletni korespondent „Gazety Polskiej”. Henryk Sienkiewicz stał w owym czasie dopiero na progu literackiej kariery a przedsmak talentu miał właśnie objawić w „Listach z podróży do Ameryki”. Dzieło to nieco dziś zapomniane a przecież stanowiące wybitne świadectwo swoich czasów, pełne anegdot, plastycznych opisów i szczerych obserwacji. Siłą rzeczy, pierwsze z nich dotyczą Nowego Jorku, i tu niespodzianka:

„New York nie tylko nie zachwycił mnie, ale rozczarował potężnie. Każde z europejskich miast ma jakąś swoją osobliwość, którą istotnie widzieć warto: Paryż ma ich tysiące, Londyn również, Wiedeń ma swego Stefana, Berlin swego Kaulbacha, Bruksela – Wiertza i Św. Gudulę, Wenecja – swoje kanały, Rzym – papieża i Rzym starożytny, Kolonia – tum najpierwszy na świecie, Kraków – Wawel i Matejkę, Warszawa – dobre chęci, którymi jest brukowaną, wielkich ludzi do małych interesów, najdłuższe na świecie języki, Saski Ogród i dobro społeczne w kształcie dziurawego orzecha, na którym świszcze, kto chce i jak mu się podoba. Wszędzie jest jakaś tradycja, wszędzie z murów patrzy na ciebie, jeśli nie czterdzieści wieków, jak było raz powiedziane na pewnym obiedzie dla jednego z jubilatów warszawskich, to przynajmniej kilkanaście, wszędzie widzisz historię zakrzepłą w mur i kamień, wszędzie pewną odrębność narodową, wszędzie jakiś wielki ideał, którego początek w mrokach przeszłości. W New Yorku nie ma tego wszystkiego.”

Nie dał się tedy Sienkiewicz uwieść temu, jak sam pisze, miastu kupców. Razi go wszechobecny pośpiech, gwar, ścisk. Nuży merkantylna jednostronność przelewająca się przez szpalty gazet czy rzucająca się w oczy poprzez mnogość hoteli i banków. Już wtedy dostrzega podkreślany dziś kosmopolityzm Nowego Jorku. Z niepokojem spogląda na owych przemysłowców, bankierów, urzędników spieszących z gorączką wypisaną w ruchach i obliczach. Przedziwne pomieszanie rzeczy i porządków podkreśla opis Broadwayu – największej i najruchliwszej z ulic.

„Na chodnikach przed lustrzanymi szybami sklepów leżą kupy śmieci. Miasto zabłocone, brudne, źle wybrukowane; miejscami stoją małe kałuże czarnego błota, które nie może spłynąć przez zatkane ścieki ku morzu. Mnóstwo papierków, szczątków z gazet, podeptanych skórek z jabłek i pomarańcz leży wszędzie, tak na chodnikach jak i na środku ulicy, między pysznymi powozami, omnibusami – jeżdżą wozy ładowne ogromnymi pakami towarów lub przechadzają się świnie, nie wiadomo do kogo należące, z powystrzępianymi przez psy uszami. Świń tu mnóstwo. „Oto jedna z nich – mówi pan Dickens w swym opisie New Yorku – patrzcie jak przedziera się między powozami i przechodzącymi. Ma jedno ucho, drugie oberwały psy w zaciętej walce na placu, gdzie okazała nadzwyczajne męstwo. Szanowna ta świnia postępuje zupełnie tak, jak przystoi na dorzecznego człowieka z liczby tych, co to żyją tak zwanym traktierskim życiem. Co rano w pewnej godzinie wychodzi z domu, wędruje po mieście, je, co się trafi, a wieczorem akuratnie staje przed bramą swego domu. Jest niedbałą, leniwą, wysoko ceni swą niepodległość, nienawidzi wszelkiego przymusu i jak z równą obchodzi się z każdą inną świnią” itp.

Teraz jest zapewne już mniej tych stworzeń, niż było za czasów pana Dickensa, ale i teraz spotkać ich można więcej niż w dziesięciu europejskich miastach, zwłaszcza w dolnych ulicach New Yorku. Krótko mówiąc, nie widziałem, jak żyję, miasta nieporządniejszego i z góry zapowiadam, że wszelkie usiłowania w tym kierunku municypalności warszawskiej nie przyprowadzą do żadnego rezultatu: New York będzie miał zawsze pierwszeństwo, choćby ze względu na swoje położenie portowe. A jednak żadne może z miast europejskich nie wydaje tyle na utrzymanie porządku i na potrzeby miasta, ile New York; ale na nieszczęście, jak inne dykasterie urzędowe, tak i municypalność tutejsza składa się z tak biegłych w zawodzie swym złodziejów, że wobec nadużyć ich bledną wszelkie europejskie grynderstwa.”

 

Sienkiewicz, miał prawo nie kryć swego zdumienia. Był rok 1876. Lada dzień Alexander Graham Bell przeprowadzi pierwszą w historii rozmowę telefoniczną, przed rokiem Amerykanin George Green opatentował elektryczne wiertło dentystyczne, od dwóch lat w tejże Ameryce seryjnie wytwarza się maszyny do pisania a od pięciu pod masywem Mont Cenis we Alpach Zachodnich można przejechać imponującym tunelem o długości 13 km i 363 metrów. Tymczasem po reprezentacyjnej ulicy Nowego Jorku spacerują świnie. Zważywszy, że w tym samym czasie nad East River trwają prace nad konstrukcją tak zaawansowaną technicznie jak Most Brookliński, kontrast to przedziwny.

Zamysł by w mieście trzymać zwierzęta hodowlane nie jest niczym nowym. Nie jest też specyfiką Nowego Świata, z czego  nasz pisarz musiał zdawać sobie sprawę. W Polsce jeszcze w średniowieczu w dokumentach lokacyjnych zapisywano darowizny na rzecz nowo powstałej gminy lub jej zarządcy w postaci pastwisk. W pierwszych latach po lokacji, kiedy w obrębie miejskich murów było jeszcze sporo miejsca, sprzyjano hodowli, zwłaszcza bydła. Z czasem w XVI stuleciu, wraz z zagęszczaniem się zabudowy obory przenoszono poza mury, do folwarków i wsi miejskich. Ów naturalny proces wzmacniały stosowne przepisy prawa. W 1627 roku właściciel Rzeszowa zakazał wypuszczania świń, kóz i bydła na wały miejskie, co oznaczało po wysoką karą 20 grzywien konieczność zaprzestania hodowli, lub wyprowadzenie jej do podmiejskich wiosek. Pani na Siemiatyczach, księżna Anna Paulina z Sapiehów Jabłonowska u schyłku osiemnastego wieku nakazała urzędnikom gminnym by pilnowali, aby bydło po ulicach miasta nie spacerowało. Kto z mieszczan siemiatyckich chciał zachować swój żywy inwentarz winien go pasterzowi miejskiemu (zwanemu skotarzem) powierzyć. Owe na pozór restrykcyjne zakazy bladły przy coraz częściej wprowadzanych w wilkierzach (ustawach rad miejskich) bezwzględnych zakazach hodowli. Już w 1430 roku zabroniono w Helu hodowli wszelkiego ptactwa. Ten sam los spotkał w 1669 roku Poznaniu kaczki. Połowa XVII wieku to coraz popularniejszy zakaz hodowli bydła, który stanowiono m.in. w Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu czy Wieluniu.

Co się tyczy zaś hodowli świń, tak bardzo bulwersującej Sienkiewicza, początkowo w dawnej Polsce wprowadzano limity pozwalające np. hodować krakowskim, piętnastowiecznym piekarzom do 25 sztuk tych zwierząt. W tym samym czasie w Poznaniu pogłowie świń utrzymywane przez piekarza nie mogło przekroczyć 20 sztuk. Skąd owe szczególne zainteresowanie cechem piekarzy? Cóż, mogli oni wykorzystywać w hodowli wytwarzania przy przemiale mąki otręby i odpadki z wypieków. Podobne możliwości posiadali piwowarzy dysponujący znaczną ilością wytłoków ze śruty, stąd rozwój hodowli nierogacizny w gorzelniach gdańskich na przełomie XVII i XVIII wieku.

Przywilej ilości hodowanych świń różnicowano także w zależności od zamożności i pozycji społecznej. Wilkierz olsztyński z 1568 roku uzależniał maksymalną liczbę świń i wieprzów od rodzaju nieruchomości posiadanych w mieście, zaś wilkierz chełmiński z 1590 roku skupiał się na pozycji społecznej hodowcy rozróżniając: osiadłych mieszczan, rzemieślników, najemników i zamieszkujących wieżę. W Grudziądzu wedle zapisów z 1642 roku właściciel domu mógł hodować dowolną ilość świń, dzierżawca zaś tylko dwie sztuki. Co istotne, nakazywano prowadzenie owej hodowli w zamkniętych chlewach – m.in. w Chełmnie, Toruniu i miastach pruskich już od średniowiecza, w Wieluniu od 1502 roku, w królewskim Krakowie od 1554 roku, w Olsztynie od 1568 roku, w Poznaniu od 1636 roku). Jako, że pomysłowość ludzka, zwłaszcza w kwestii omijania zakazów, nie zna granic odnajdujemy po latach ślady po próbach okiełznania swobody ich interpretacji. W piętnastowiecznym Gdańsku zakazywano trzymania świń w budach i piwnicach, zaś w 1633 roku władze Lwowa dzierżawiąc kamienicę zastrzegały i napominały, iż w budynku tym świń hodować nie wolno. Miejscem do tego stosownym były tylko i wyłącznie chlewy, zlokalizowane z dala od miejskiego rynku, gdyż pomijając wszelkie inne niedogodności, skłonność świń do rycia w ziemi stanowiło zagrożenie dla miejskich bruków. Z czasem w wilkierzach zaczęły pojawiać się całkowite zakazy hodowli świń w dużych miastach – m.in. w Toruniu w 1405 roku, w Gdański w 1597 roku, w Krakowie w 1639 roku, w Poznaniu w 1600 roku).

Mógł tedy, z ówczesnej dziewiętnastowiecznej perspektywy, problem świń wałęsających się po ulicach budzić u polskiego literata zdziwienie. Podzielali je, inni goście z dalekiej Europy. Przytaczany przez Henryka Sienkiewicza Charles Dickens w wydanych w 1842 roku „Zarysach Ameryki” wspomina swoją wizytę na Broadwayu przez pryzmat loch biegających śród dam spacerującymi pod błękitnymi parasolami i krążących ulicami dorożek. Baron Axel Klinköwstrom, który wizytował Nowy Jork w 1818 zastał miasto jako brudne i pełne nieokrzesanych obyczajów. Jako malarz amator, uwiecznił je na opublikowanych w 1824 roku akwarelach. Na jednej z nich uwiecznił wałęsające się samopas, pośród spacerujących po Broadwayu świnie. Wstydliwe i ponadczasowe to świadectwo, stąd nic dziwnego, że owej akwareli nie zapisano w poczet ikon utrwalających wizerunek nowojorskiej metropolii. Dociekliwi poszukiwacze odnajdą, ją jednak w dużym zbiorze wizerunków Nowego Jorku autorstwa Marylin Symmes „Immpresion Of New York, Prints from the New York Historical Society”.

Świń na ulicach Nowego Jorku zdają się natomiast nie dostrzegać dziewiętnasto i dwudziestowieczni amerykańscy pisarze. Próżno szukać ich śladów w przekrojowej pracy Phillipa Lopate „Writing New York, a Literary Anthology”. Można domniemywać, iż to nie kwestia wstydu, lecz że po prostu przyjmowali powszechną obecność nierogacizny za coś oczywistego, coś o czym  nie warto wspominać. Stanowiła ona podstawowy źródło pożywienia dla mieszkańców Nowego Świata, choć co stanowić może zaskoczenie, świń na kontynencie amerykańskim przed 1492 roku nie znano. Owszem, na południowym zachodzie Ameryki Północnej i w Ameryce Południowej zamieszkiwali ich dzicy, wszystkożerni kuzyni – pekari, ale świnie prawdopodobnie przypłynęły na nowo odkryty kontynent z Hiszpanami w 1493 roku. Były to świnie hiszpańskie – mieszanka rasy europejskiej Sus scrofa ferus i znanej na południu odmiany o korzeniach afrykańskich Sus scrofa mediterraneus.

W Ameryce Północnej owe zwierzęta pojawiły się w 1539 roku, a dokładnie 30 maja gdy na ląd w okolicach dzisiejszego miasta Bradenton na Florydzie zeszli uczestnicy wyprawy kierowanej przez hiszpańskiego konkwistadora i odkrywcę Hernando de Soto. Żołnierze, poszukiwacze skarbów, misjonarze obrali za cel Florydę, by przez cztery lata swej wędrówki przemierzyć tysiące kilometrów, sięgając dalej na zachód po Appalachy i brzegi Missisipi. Wraz z nimi wędrowały owe zwierzęta. Wedle zapisów zabrano ich ze sobą trzynaście, ale że świnia to zwierzę nader plenne, po trzech latach wyprawy było ich już blisko 700 sztuk. Rzec by można, że wyprawa, którą Hernando de Soto przepłacił życiem (21 maja 1542 roku zmarł na żółtą febrę) miast obiecanego uczestnikom złota, przysporzyła przyszłym białym mieszkańcom Nowego Świata źródła pożywienia. I rzeczywiście, wkrótce wieprzowina stała się podstawowym produktem spożywczym w koloniach. Osadnicy wykorzystywali każdą część zabitej świni. Mięso zasalano, zasuszano i wędzono, jelita zużywano do wyrobu kiełbas i flaczków wieprzowych, tłuszcz przetapiano na smalec zaś z krwi przyrządzano tzw. black czy blood pudding. Ten odpowiednik polskiej kaszanki zawędrował wraz z kolonistami z północnej Anglii, gdzie do wypełnienia jelit zwierzęcych oprócz krwi wykorzystywano podroby, tłuszcz, pieczywo, łój i płatki owsiane.

Nic więc dziwnego, że świnie, które na stałe zagościły w amerykańskiej diecie, wszechobecne były i w dynamicznie rozwijającym się Nowym Jorku – mieści bardzo zróżnicowanym społecznie, mieście krezusów, ale i biedaków. Profesor Ted  Steinberg w swej pracy „Down to Earth, Nature’s Role in Amercian History” posunął się nawet do stwierdzenia, że o ile Europejczycy wiązali wizerunek Ameryki z Indianami i bizonami o tyle dziewiętnastowieczne amerykańskie miasta kojarzą im się ze świniami. Dziś obecność wieprzy na trotuarach Broadwayu potwierdzają nawet niektóre przewodniki podnosząc jeszcze mniej znany fakt, a mianowicie to iż stanowiły one wtedy akceptowany społecznie system sanitarny.

To normalne, jeśli przeczytawszy powyższe zdanie, jeszcze raz spoglądamy na nie z niedowierzaniem, poczynając wątpić w stan umysłu jego autora. To zrozumiałe, bo kłóci się to z naszym pojmowaniem porządku, czystości, zagospodarowania odpadów. Jesteśmy gotowi, podejrzewać iż mamy do czynienie z kolejną „miejską legendą” w stylu chupacabry, czarnej wołgi, czy aligatorów wypuszczonych za młodu do toalety i grasujących dziś w kanałach Nowego Jorku. A jednak, stada świń tolerowanych na ulicach, by rozwiązać problem zalegających śmieci to prawda. Benjamin Miller, autor książki „Fat of the Land, Garbage of New York, the Past Two Hundred Years”, pytany czy to prawda, że nowojorczycy pozwalali świniom samopas poruszać się po ulicach by zjadały śmiecie wyrzucane na ulice, odpowiedział „To nie mit, to święta prawda”.

Owo sanitarne pogotowie nie miało bynajmniej incydentalnego charakteru. Susan Strasser, autorka książki „Waste and Want: A Social History of Trash” ocenia pogłowie świń na ulicach Nowego Jorku w 1830 roku na 10.000 sztuk. Miasto zamieszkiwało wtedy 202,5 tysiąca mieszkańców. Dziesięć lat później w 1840 liczba mieszkańców Nowego Jorku wzrosła do 312,7 tysięcy zaś ilość wieprzków podwoiła. Kres owej świńskiej epopei położyła dopiero epidemia cholery zawleczona do miasta w grudniu 1848 przez przybyły z Hawru statek „New York”. Wychodząc z założenia, że jak mawiano „żadne inne zwierzę, nie symbolizuje tak brudu jak świnia” przypisano im niepoślednią rolę w rozprzestrzenianiu się choroby. Bolesna rezygnacja z tak taniego sposobu oczyszczania miasta (ów argument ekonomiczny przeważył w 1819 roku w dyskusji nad uchyleniem uchwalonego przez Radę Miasta zakazu swobodnej hodowli świń) wymusiła powstanie właściwych służb komunalnych, a z czasem budowę pierwszej w Stanach Zjednoczonych spalarni śmieci  na Governor Island w 1885 roku. Myliłby się jednak ten, kto by myślał, iż w tym miejscu urywają się ślady łączące nasze bohaterki z odpadami. Co prawda nie na ulicach, ale w zamkniętych chlewniach do lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku w USA skarmiano powszechnie świnie wszelkiej maści surowymi odpadkami.

Zapyta ktoś, cóż innego czynili owi piekarze czy piwowarzy trzymający w obórkach wieprze. Nierogacizna w średniowiecznym mieście ku uciesze swych właścicieli w swoisty sposób utylizowała, by użyć współczesnego słownictwa, odpad poprodukcyjny i nabierała słusznej wagi. Dziewiętnastowieczni mieszkańcy Nowego Jorku zawierzyli im – trzymajmy się przyjętej konwencji – zmieszane odpady komunalne. Zważywszy na kres losu każdej świnki, różnica mniej więcej taka, jak możliwości efektywnego wykorzystania odpadów zmieszanych i tych zbieranych selektywnie.

Smacznego…