; Opowieść dwudziesta trzecia – śmieciarz na boisku | KOMEKO

Felietony

21-08-2014 #Felietony

Opowieść dwudziesta trzecia – śmieciarz na boisku

Kiedy piszę te słowa nie umilkły jeszcze echa decyzji władz UEFA przyznającej Celtikowi Glasgow walkower w rewanżowym meczu eliminacji Ligii Mistrzów z Legią Warszawa. Sprawa wydaje się jasna. Mistrz Polski zniósł na boisku szkockie zastępy (4:1 w Warszawie, 2:0 w Edynburgu) w stylu, którego przyznać to trzeba nikt po nim się nie spodziewał. W zgiełku bitewnym nie dopatrzono jednak regulaminowych zapisów i na trzy minuty przed końcem rewanżowego spotkania wpuszczono do gry zawodnika, który winien w tym meczu pauzować za boiskową zapalczywość. O ironio, można by rzec, Bartosz Bereszyński przynależną mu karę odcierpiał, ale władze stołecznego klubu zapomniały jego gotowość do poddanie się karze oficjalnie zakomunikować piłkarskiej centrali. W efekcie UEFA nie wykluczyła warszawskiej Legii z rozgrywek, jak lamentują niektórzy komentatorzy a jedynie rozstrzygnęła rewanżowe spotkanie na korzyść mistrza Szkocji. Inna rzecz, iż zasądzony walkower (0:3) wobec wyniku pierwszego meczu premiuje do dalszej gry Celtów, a legionistom mogą śnić się po nocach dwa niewykorzystane rzuty karne w pierwszym potyczce przy Alejach Łazienkowskich.

To oczywiście boli, budzi sprzeciw. Na usta pchają się stwierdzenia o nieadekwatności kary w stosunku do przewinienia, ale zgłębiając przepisy wydaje się, że piłkarskie władze inaczej postąpić nie mogły. Przyjedzie czas rozczarowujących odwołań a potem emocje opadną. Żywo komentowane dziś wydarzenia zasilą zaś poczet smakowitych piłkarskich anegdot jakich wiele, od czasu gdy w 1848 roku w Trinity College w Cambridge przedstawiciele sześciu szacownych szkół (Cambridge, Eton, Harrow, Rugby, Shrewsbury i Winchester) pochylili się nad projektem przygotowanym przez dwóch studentów – Henry’ego de Wintona i Johna Charlesa Thringa.

Kodeks zasad, zwany Cambridge Rules dał zaczyn dla gry, w której dwudziestu dwóch mężczyzn ugania się za małym, odzianym w skórę balonem, raz po raz starając się umieścić go w bramce przeciwnika. Z dużym niesmakiem musiał patrzeć na nich z niebiesiech król Edward II, który jeszcze na początku czternastego stulecia na prośbę londyńskich mieszczan zakazał gry w piłkę. Nazbyt często wpadała między kramy i stragany handlujących na ulicach kupców. Nie przewracać a wręcz wirować, wrzecionu podobny musiał zapewne w swym grobie Henryk VIII, który tępił grę w piłkę jako odciągającą młodzież od innych ćwiczeń fizycznych. Miało to ujemnie wpływać na wzmacnianie obronności królestwa. Co ciekawe, władca zgoła innego, odległego imperium – Józef Wisarionowicz Stalin miał do piłki nożnej stosunek bardziej powściągliwy. Co prawda w Sowietach kwitły przede wszystkim dyscypliny wzmacniające poczucie bezpieczeństwa mas pracujących jak np. sporty spadochronowe czy strzelectwo, ale kiedy w dniu święta Fizkultury w 1937 roku przed mauzoleum Lenina na Placu Czerwonym (murawę boiska stanowiły zszywane wojłokowe worki) starły się w pokazowym meczu dwie drużyny moskiewskiego Spartaka, Koba w milczeniu obejrzał spotkanie. Nie pochwalił, ale i nie potępił. Nie podzielał fascynacji Feliksa Dzierżyńskiego, twórcy sieci klubów pracowników GPU i NKWD – Dynamo, czy Ławrentija Berii, który swego czasu jako prezes rzeczonego Dynama kazał anulować wynik przegranego spotkania ze Spartakiem, by jego klub sięgnął po mistrzowski tytuł. A emocje jakie poczęła budzić z biegiem czasu piłka nożna w Sowietach były coraz większe.

Kto otarł się o historię polskiego futbolu pamięta zapewne o bojach toczonych w 1957 roku z reprezentacją Związku Radzieckiego o awans na mistrzostw świata w Szwecji. W pierwszym spotkaniu rozegranym w czerwcu w Moskwie Edward Szymkowiak trzy razy wyjmował piłkę z bramki, ale po wyjazdowym zwycięstwie z Finlandią w Polsce z niecierpliwością czekano na październikowy rewanż w Chorzowie. O tym spotkaniu napisano już niemal wszystko. Ta konfrontacja miała (zwłaszcza na trybunach, bo sami sportowcy kiedy to nie popłaca zwykli się odżegnywać od polityki) wymiar nie tylko sportowy, stając w jednym rzędzie z tryumfem polskich bokserów w 1953 roku na mistrzostwach Europy w Warszawie (pięć złotych medali wobec tylko dwóch zdobytych przez Sowietów), wygranej drużyny Huberta Wagner w finale Igrzysk Olimpijskich w Montrealu czy pamiętnym zwycięstwem nad hokejową Sborną 6:4 na mistrzostwach świata w Katowicach w 1976 roku. Ku radości wypełnionego po brzegi Stadionu Śląskiego legendarny Lew Jaszyn dwukrotnie wyjmował piłkę ze swej bramki po strzałach Gerarda Cieślika. Rosjanie odpowiedzieli tylko jednym celnym strzałem Walentina Iwanowa w końcówce spotkania.

W konfrontacji z polskimi obrońcami nie błysnął tego dnia Edward Anatoliewicz Strielcow, dwudziestolatek z Torpedo Moskwa, porównywany dla swych umiejętności z trzy lata od siebie młodszym Brazylijczykiem Pele. Los jednak darował Strielcowi jeszcze jedną szansę. Dla wyłonienia drużyny, która pojedzie na mistrzostwa świata do Szwecji należał rozegrać dodatkowo spotkanie między drużynami Polski i ZSRR. Na neutralnym boisku w Lipsku ulegliśmy niestety 0:2, a nieprzyjazna gościom publiczność złożona z rzecz jasna z „wiecznych antyfaszystów” i stacjonujących w NRD czerwonoarmistów podziwiała skuteczność Strielcowa, który był autorem jednej z bramek. Nie mogli wiedzieć, iż Edwarda Anatoliewicza dodatkowo do gry zmotywował trener Rosjan Gawrił Kaczalin obiecując darowanie przynależnej mu kary (Strielcow wraz kolegą z drużyny Walentinem Iwanowem spóźnił się na pociąg do Lipska i gonił kolegów taksówką) jeśli pokona polskiego bramkarza.

Tak więc w Lipsku futboliści ZSRR przypieczętowali swój awans na mistrzostwa świata, ale Strielcow do Szwecji nie pojechał. Miast pojedynków z Anglią, Austrią czy Brazylią czekała go łagierna rzeczywistość. Nieoczekiwania ze zgrupowania kadry zabrała go milicja pod zarzutem gwałtu. Rzecz jasna gwałtu nie było, ale byli świadkowie i przemożna chęć ukarania piłkarza, by pokazać, że w Kraju Rad wszyscy są równi wobec prawa. Narzuca się oczywiście pytanie – dlaczego? Jak na swój młody wiek miał Edward Strielcow wiele na sumieniu. Jego wygląd i sposób bycia nie przystawał ponoć do siermiężnej moskiewskiej rzeczywistości. Był nadto graczem Torpedo Moskwa drużyny której patronowała producent wszechobecnych na sowieckich drogach samochodów ZIŁ. Kiedy żył jeszcze Józef Wissarionowicz z tych samych zakładów wyjeżdżały samochodu ZIS (Zawod Imienia Stalina), ale jako się rzekło na gruncie futbolu patronat generalissimusa nie znaczył tyle co pasja innych członków Politbiura. Postępował tedy Strielcow nieostrożnie odrzucając uparcie propozycje przejścia do Moskiewskiego Dynama, któremu wówczas patronowało KGB czy znajdującego się pod skrzydłami armii CSKA Moskwa. Jest wreszcie w tej historii wątek mocno romantyczny. Młody napastnik miał ponoć publicznie odrzucić (na Kremlu podczas powitania mistrzów olimpijskich z Melbourne) awanse córki Jekatieriny Furcewej, I sekretarz komitetu moskiewskiego KPZR. Późniejsza minister kultury ZSRR takich afrontów wybaczać nie zwykła. Sprawę wziął w swoje ręce sam Roman Andriejewicz Rudenko, dożywotni prokurator generalny Związku Radzieckiego. Angażował się osobiście w sprawy wagi szczególnej – pełnił rolę głównego oskarżyciela w procesie norymberskim, zaś w czerwcu 1945 roku oskarżał w procesie szesnastu, uprowadzonych przez NKWD przywódców Polskiego Państwa Podziemnego (co ciekawe, w nagrodę w 1947 roku został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski). Sytuacja była więc poważna. Striełkow z obawy o swój los przyznał się do czynów niepopełnionych i okupił to karą 12 lat więzienia. W łagrze przesiedział siedem długich lat, ale zwolniony w 1965 roku powrócił nie tylko do świata żywych ale i do futbolu.

Historia piłki nożnej pełna jest równie zaskakujących historii i anegdot. Szczególnie tych sprzed lat, z czasów gdy football miał w sobie jeszcze ową nieokreśloną nutkę romantyzmu. Staje tedy przed nami nieco już dziś zapomniany brazylijski król strzelców mistrzostw świata z 1938 roku, Leonidas da Silva, który wedle legendy zwykł czasami biegać po boisku bez butów, co więcej celnie przy tym strzelając. Obok niego, być może najlepszy polski napastnik Ernest Wilimowski – człowiek, który w pojedynkę rozstrzygał losy spotkań. Podczas słynnego spotkania w Paryżu przyćmił Leonidasa strzelając brazylijskim wirtuozom cztery bramki. Jego dziesięć goli strzelonych w barwach chorzowskiego Ruchu w spotkaniu z Union-Touring Łódź w maju 1939 roku pozostanie zapewne niepobitym rekordem naszej ekstraklasy. Tamta piłka, to nie tylko suche wyniki zapełniające szpalty gazet, ale pełnokrwiste historie, zapis wzlotów i upadków. To z jednej strony zachwyt nad talentem i skutecznością Willimowskiego, z drugiej niezaprzeczalny fakt (nad którym nie potrafię w odróżnieniu od młodych adeptów dziennikarstwa przejść obojętnie) podpisania folkslisty i występów w reprezentacji Trzeciej Rzeszy. To budzące uśmiech na ustach anegdoty o Garrinchy – niezapomnianym skrzydłowym reprezentacji Brazylii, który mimo krótszej o sześć centymetrów nogi (w dzieciństwie przeszedł chorobę Heinego-Medina) swymi zwodami wkręcał w boisko stających mu na drodze przeciwników. Ponoć minąwszy obrońców i bramkarza potrafił zatrzymać się przed pustą bramką by zaczekać na swych rywali, jeszcze raz dać im szansę, jeszcze raz zaskoczyć i strzelić bramkę. Swym kunsztem i zamiłowaniem do dryblingu dawał asumpt do rozważań, czy takich boiskowych zachowań nie karać wykluczeniem z gry jako ośmieszających przeciwników. Byłby to objaw owego ironicznego uśmiech losu, zważywszy na fakt, iż to nie nikt inny lecz właśnie Garrincha jako pierwszy w 1960 roku przerwał grę wybijając piłkę poza boisko, by tym samym umożliwić udzielenie pomocy kontuzjowanemu rywalowi.

Nie był rzecz jasna Garrincha typem intelektualisty, jest więc pewnie wiele prawdy w opowieści o dziennikarzach, którzy podczas mistrzostw świata w Chile w 1962 roku, podpuszczali go mówiąc, iż jeden z angielskich piłkarzy, wysoki blondyn odgrażał się, że przyćmi go na boisku. Dla „Mane” (tak naprawdę nazywał się Manuel Francisco dos Santos, zaś Garrincha to tylko pseudonim oznaczający w języku portugalskim małą ptaszynę) każdy Anglik pasował do tego opisu, postanowił więc nauczyć szacunku każdego z nich z osobna. Jeszcze raz zachwycał więc swym dryblingiem widownie Estadio Sausalito w Vina del Mar i biorąc na siebie wobec kontuzji Pelego ciężar gry dwoma strzelonymi bramkami przyczynił się do wyeliminowania dumnych synów Albionu. Z Pelem łączyła go więź szczególna – tu sucha statystyka wspomaga czarującą legendę – reprezentacja Brazylii nigdy nie przegrała, jeśli obaj pojawiali się na boisku. Niestety po zakończeniu kariery Garrincha nie poszedł w ślady młodszego o siedem lat kolegi. Nie potrafił tak jak przeciwników zwieść swych słabości i jak wielu mu podobnych zapijając się nie uszedł przeznaczeniu.

Ale w legendzie zwykliśmy utrwalać nie tylko wspomnienie o tych największych, stających w szranki na oczach rozentuzjazmowanych tysięcy zgromadzonych na trybunach, przylepionych z uchem do radioodbiornika czy wpatrzonych w szklany ekran telewizora. Snują swe opowieści małe, prowincjonalne boiska, jak choćby to w niespełna stutysięcznym Hartlepool.

To portowe miasto nad Morzem Północnym samo w sobie skłania do tkania baśniowych historii. Tu, na cmentarzu West Village spoczywa kapitan Mamert Stankiewicz – niezapomniany „znaczy kapitan” z opowiadań Karola Olgierda Borhardta. Tu miał miejsce przedziwny i budzący grozę fakt powieszenia przez rybaków małpy, która jako jedyna ocalała z katastrofy francuskiego żaglowca. Jak podaje tradycja, na swe nieszczęście znaleziono owo zwierzę odziane w specjalnie dla niego skrojony mundur francuskiego marynarza. A że był to nader niespokojny czas wojen napoleońskich przykładnie małpę ukarano upatrując w niej francuskiego szpiega. Nim zawisła poddano ją na plaży procedurze śledczej i sądowej, podczas której rzecz jasna niczego wyjawić nie mogła. Po latach owa nieszczęśliwa małpa pod postacią „H’Angus Monkey” stanie się maskotką lokalnego piłkarskiego klubu Hartlepool United przynosząc mu szczęście na boiskach trzeciej i czwartej ligi angielskiej.

Niezbyt wiele sukcesów zapisali na kartach swej 109 letniej historii gracze Hartlepool. Co bardziej leciwi kibice pamiętają zapewne awans do czwartej rundy Pucharu Anglii w 1955 roku, czy rozegrany dwa lata później pucharowy pojedynek z ówczesnym mistrzem kraju Manchesterem United. Na stadionie w Hartlepool zasiadło wtedy przeszło 17 tysięcy widzów by oglądać swych ulubieńców w zdawałoby się nierównej walce z „dzieciakami Busbego”. Początek spotkania potwierdzał przewidywania pesymistów – goście prowadzili już trzema bramkami, ale portowcy wznieśli się na wyżyny swych umiejętności i zdołali doprowadzić do remisu. Ostatecznie co prawda 4:3 zwyciężył Manchester, ale owo spotkanie zapisało się w annałach Hartlepool. Rok później Hartlepool United na wiele lat pogrążyło się w odmętach czwartej ligi, a ośmiu z jedenastu cudownych dzieciaków Manchesteru zginęło w katastrofie lotniczej w Monachium.

W owym pamiętnym meczu w formacji napadu Hartlepool nie zagrał niestety Leo Harden. Trzydziestopięcioletni wówczas skrzydłowy po jedenastu pracowitych sezonach na Victoria Ground opuścił zespół przenosząc się do Thornley CW, klubu którego nazwa zaginęła dziś w odmętach historii. Mimo to, z co najmniej kilku powodów zdążył na trwale zapisać się w pamięci portowego miasta. Kiedy w 1946 roku, po zakończonej wojnie na nowo ruszały rozgrywki ligowe, jako pierwszy trafił do bramki przeciwników w zremisowanym 1:1 spotkaniu z Barrow AFC. Od tej pory strzelał bardzo regularnie. W ciągu jedenastu sezonów spędzonych w Hartlepool rozegrał 180 spotkań strzelając 52 bramki. Powiadają, iż najlepsze spotkanie w biało-niebieskich barwach zdarzyło mu się rozegrać wtedy, gdy trener nie widział go w składzie zespołu. W październikową sobotę 1953 roku wobec niespodziewanej kontuzji Georga Luka w pośpiechu przeszukiwano portowe zaułki by odnaleźć Hardena popijającego spokojnie w barze. Na rauszu, w oparach wypitego piwa wzniósł się na wyżyny. Sam strzelił cztery gole a dwa kolejne padły z jego podań. Hartlepool United pokonało Rochadle AFC 6:0.

Spoglądając na stare zdjęcia widać roześmiane oczy, niesforne, pofalowane, ciemne włosy nad wysokim czołem i mocno zarysowaną szczękę, która jeśli wierzyć literatom miała by odzwierciedlać siłę charakteru. A jednak na przekór stereotypom ulubieniec trybun przy Victoria Ground nie imponował pewnością siebie. Nigdy nie porzucił swej pracy śmieciarza. Stąd przydomek „the flaying dustmen” jakim jeszcze w dziewiętnastowiecznej Anglii określano pracowników odbierających z domostw śmiecie i popiół. Nie wierzył ponoć, iż przy swoich piłkarskich umiejętnościach jest w stanie utrzymać się z biegania za piłką. Nie raz, nie dwa swój dzień rozpoczynał od opróżniania metalowych kubłów z odpadkami by po południu zachwycać grą na zielonym boisku. Prowokowało to rzecz jasna publikę do licznych żartów, co Harden przyjmował z uśmiechem i zrozumieniem. Bo w istocie był jednym z ulubieńców Hartlepool. Szybki, niski jak na skrzydłowego przystało, pracowity. Dla poprawy kondycji znajdował jeszcze czas i siłę by trenować wraz z lokalną drużyną rugby Hartepool Rovers. A nie były to zapewne lekkie i przyjemne. Rugbiści z Hartlepool byli wówczas drużyną o wiele bardziej utytułowaną od swych piłkarskich kuzynów. Dość powiedzieć, że w sezonie 1911/1912 ustanowili rekord świata w ilości punktów zdobytych w jednym sezonie zdobywając ich 860 w 37 spotkaniach a osiągnięcie to przetrwało niepobite do 1954 roku.

Kiedy zmarł 12 maja 1999 roku przeżywszy 76 lat żegnała go nie tylko rodzina i znajomi, ale również ci, którym przed laty dostarczał emocji na drewnianych trybunach stadionu Victoria Ground. I tu na koniec tej przydługiej gawędy jeszcze jedna smakowita anegdota. Boisko Hartepool przeżyło w 1916 roku bombardowanie przez złowrogie niemieckie Zeppeliny. Jedna z bomb wyrzucona ze sterowca mocno nadwyrężył konstrukcję trybun, ale stateczni Anglicy aż do lat siedemdziesiątych nie zdecydowali się na modernizację licząc wciąż i daremnie oczekując na odszkodowanie ze strony niemieckiego rządu. Znaczy, prowizoryczne rozwiązanie jeszcze raz okazały się bardzo trwałe, co odległe Hartlepool nie tylko z racji miejsca spoczynku kapitana Mamerta Stankiewicza czyni nam bardziej bliskim…