; Opowieść dziewiąta – fascynująca gra skojarzeń | KOMEKO

Felietony

25-06-2013 #Felietony

Opowieść dziewiąta – fascynująca gra skojarzeń

Mark Knopfler, którego twórczość z wielu powodów darzę dużą sympatią, ukuł na potrzeby rozmów z dziennikarzami pojęcie muzycznego akuszera. Mając niejaki kłopot z zaspakajaniem ciekawości swych rozmówców zwykł mawiać, iż jedynie pomaga swym piosenkom przychodzić na świat, a bywa, że dopiero długo po napisaniu sam zaczyna je rozumieć. Powiecie, niepotrzebna kokieteria… Być może, ale spójrzmy na to inaczej… Choć może trudno w to uwierzyć, zdarza się, iż siadając do kolejnego felietonu nie wiem co mnie czeka. Po prostu daję się poprowadzić sekwencji fascynujących skojarzeń. Od słowa do słowa odkrywam fakty, o których stojąc na progu opowieści wiedzy nie miałem żadnej. Oczywiście znaczący jest ów „próg”, zaczyn, ale później ruszamy w nieznane, mając pewność, iż u kresu nasza droga obdarzy nas sporą satysfakcją z małych odkryć.

Tym razem punktem wyjścia, była prośba zaprzyjaźnionej firmy świętującej przyznanie statusu centrum badawczo-rozwojowego, by skreślić słów kilka o szansach polskiej myśli technicznej w rozwoju innowacyjnej gospodarki odpadami. Temat pewnie wart nie jednego felietonu, ale dla mnie okazja by zwrócić uwagę, iż jakkolwiek w owej dziedzinie zaległości mamy fatalne, u progu ubiegłego stulecia próbowaliśmy nadążać za bliższymi i dalszymi sąsiadami.

Oto w 1912 roku w Warszawie przy ul. Spokojnej 15 powstaje pierwsza na terenach dzisiejszej Rzeczypospolitej spalarnia odpadów. To co prawda przeszło 40 lat po pierwszych próbach termicznej utylizacji odpadów przeprowadzonych przez Anglików w 1870 roku w mieście Paddington, ale zważmy iż dzieje się to w czasie, gdy próżno szukać Polski na mapie Europy. Już po odzyskaniu niepodległości w Poznaniu w 1927 roku zostaje oddana do użytku najnowocześniejsza na świecie spalarnia odpadów zmieszanych wyposażona w separatory metali i wytwarzająca żużel wykorzystywany w masach bitumicznych, która przetrwała wojnę i funkcjonowała do 1957 roku.

Podążam śladem tej pierwszej. Warszawscy rajcy nadając ulicy Spokojnej takie a nie inne miano pozwolili sobie na odrobinę ironii. Przytuloną do Cmentarza Powązkowskiego wytyczono na miejscu zwanym „Kaźnicą” gdzie drzewiej wykonywano wyroki śmierci a i bezpańskie psy kończyły tu swój żywot bo urzędował tu hycel miejski. W takim to miejscu w 1906 roku osadzono Miejskie Zakłady Sanitarne, co nie powinno za nadto dziwić, jeśli zważymy, iż jeszcze dawniej (dla przykładu Poznań po 1582r.) z „plugastwem wszelakim” radzić musiał sobie, oprócz swych zwykłych obowiązków kat miejski. Do zadań Miejskich Zakładów Sanitarnych należało dobrowolne a bywało i przymusowe odrobaczanie, odwszawianie, dezynsekcja a od 1912 roku spalanie śmieci. Spalarnia uległa zniszczeniu podczas Powstania Warszawskiego, nie została odbudowana i jedynym jej śladem są stojące do dziś budynki MZS, odrestaurowane i adaptowane na cele edukacyjne przez Akademię Sztuk Pięknych.

I tu kolejne zaskoczenie. ów niewielkiej rangi budynek projektował ze smakiem człowiek niezwykły- Juliusz Lucjan Dzierżanowski (1873-1944). Od 1918 roku pierwszy główny architekt Warszawy w odrodzonej Rzeczypospolitej, autor pierwszego warszawskiego 6-pietrowca, kamiennicy „Pod Messalką” na Krakowskim Przedmieściu gdzie w swym apartamentach mieszkali m.in. legendarny Franc Fiszer oraz aktorka i primadonna Lucyna Messal. To również autor zabudowy m.in. Parku Skaryszewskiego, zajezdni tramwajowych na Woli i na Pradze, strzelistego kościoła w Baranowie czy urokliwego pałacyku w Podkowie Leśnej. Znawcy architektury piszą, iż budynek spalarni charakteryzuje się wysokiej klasy dekoracją opartą na detalu ceglanym i kamiennym. Wspomną o licowanych cegłą murach, o stylu neogotyckim z elementami neomanieryzmu niderlandzkiego. Dla mnie dość, że dostrzegam przepaść estetyczną miedzy ówczesną i dzisiejszą architekturą przemysłową. Cóż dawniej nawet drzwi „sławojki” zwykliśmy ozdabiać wyciętym w desce serduszkiem…

I zdawałoby się, że to koniec podróży. Ale tylko pozornie, bo przy okazji owej spalarni natrafiam na inne ślady talentów Juliusza Dzierżanowskiego. Pełne błękitu akwarele, czarno-białe miedzioryty, akwaforty, akwatinty, chwytane na gorąco w notatniku piórkiem, ołówkiem czy kredką typy ludzkie dokumentujące przedwojenną (sprzed pierwszej i drugiej wojny) warszawską ulicę. Wreszcie sztuka użytkowa a więc projekty mebli, witraży czy kramów i jatek mięsnych w hali na Koszykach. I wierzcie mi, w każdym z tych projektów, choćby tym ostatnim, najmniej wzniosłym znać gust, znać smak.

A na sam koniec w owej przedziwnej gonitwie skojarzeń wracam do Lublina, gdzie w okolicach ulicy Kunickiego dostrzegłem skrytą wśród przybudówek dawno zamknięta, pomalowaną na zielono mięsną jatkę. Kudy jej do projektu Dzierżanowskiego… Ale to nic, tak ona, jak i dawny budynek Miejskich Zakładów Sanitarnych w stolicy to świadectwo naszej przeszłości. A że nie najwznioślejszej, może przez to bliższej.