; Opowieść trzydziesta pierwsza – nie tylko o zdrowiu i satyrze… | KOMEKO

Felietony

18-04-2015 #Felietony

Opowieść trzydziesta pierwsza – nie tylko o zdrowiu i satyrze…

Ukończywszy swą ostatnią opowieść, w której zgłębiałem zawiłości branżowego słownictwa miałem poczucie, że o czymś zapomniałem. Nim przeszedłem w swych rozważaniach do „hasioków”, „kanarków”, „hakowców” i „dustmanów”, czyli określeń ściśle związanych z odbiorem odpadów, przytaczałem przykłady slangu rzemiosł skórzanych czy korporacyjnej nowomowy. Pominąłem zaś inne słownictwo – tak charakterystyczne, tak niecodzienne, iż skłoniło przed laty Juliana Tuwima do napisania humoreski „Ślusarz”. Pamiętna miniatura rozpoczynająca się od słów:

„W łazience co się zatkało, rura chrapała przeraźliwie, aż do przeciągłego wycia, woda kapała ciurkiem. Po wypróbowaniu kilku domowych środków zaradczych (dłubanie w rurze szczoteczką do zębów, dmuchanie w otwór, ustna perswazja etc.) – sprowadziłem ślusarza. Ślusarz był chudy, wysoki, z siwą szczeciną na twarzy, w okularach na ostrym nosie. Patrzył spode łba wielkimi niebieskimi oczyma, jakimś załzawionym wzrokiem. Wszedł do łazienki, pokręcił krany na wszystkie strony, stuknął młotkiem w rurę i powiedział: – Ferszlus trzeba roztrajbować.”

to zapis przepysznej wymiany zdań między enigmatycznym fachowcem a niespodziewanie elokwentnym klientem, którego nie udaje się zbić z tropu potokiem specjalistycznych określeń. Nie udychtowane tendry, przeplatają się tedy z ryksztosowaniem droselklapy, a lochowany pufer staje naprzeciw culajtungu we flanszy. Z lekka bezczelny profan stoi w takim pojedynku na z góry straconej pozycji, musi więc koniec końców przyznać ze wstydem:

„- Rzeczywiście. Nie zauważyłem, że na uberlaufie jest kajla. W takim razie zwracam honor: bez holajzy ani rusz.

I poszedł po holajzę. Albowiem z powodu kajli na uberlaufie trychter rzeczywiście robiony był na szoner, nie za krajcowany, i bez holajzy w żaden sposób nie udałoby się zakryptować lochbajtel w celu udychtowania pufra i dania mu szprajcy przez lochowanie tendra, aby roztrajbować ferszlus, który źle działa, że droselklapę tandetnie zablindowano i teraz ryksztosuje.”

Rzecz jasna poeta budując komizm sytuacji celowo ją przerysował. Przedwojenny tekst Tuwima zawstydziłby pewnie dziś niejednego hydraulika, ale widz czy też czytelnik bawi się przy tym świetnie. Co więcej znajdą się tacy, którzy z mozołem wertując słowniki dochodzić będą przyczyny owego zamieszania i odkryją, iż autorowi popsuł się zawór redukujący ciśnienie wody. Odkryją również, że autor nieco się w owym fachowym słownictwo pogubił (np. tajemnicza, acz kluczowa dla tekstu holajza to prawdopodobnie tzw. żłobak, odmiana dłuta a nie narzędzie ślusarskie), co wszakże nic a nic nie umniejsza przyjemności obcowania ze słowem. Zwłaszcza, gdy owo słowo pod sprawnym piórem zrodzone, o co dziś trudno.

Gorzka to refleksja, ale zda się bezpowrotnie minęły czasy, gdy teksty kabaretom pisali poeci, co można były traktować jako gwarancję tak poziomu artystycznego jak i ogłady. Czasy gdy warszawski kabaret „Qui Pro Quo” zasilał literacko przybyły ze Lwowa Marian Hemar, cały zastęp skamandrytów – Julian Tuwim, Jan Lechoń, Kazimierz Wierzyński czy sporadycznie Antoni Słonimski. W kontynuującym jego tradycję „Cyruliku warszawskim” Hemara i Tuwima wspierał dzielnie Jerzy Jurandot, zaś w „Czarnym Kocie” czy „Morskim Oku” udzielał się  Jan Brzechwa. Dyrektorem ostatniego z tych kabaretów pozostawał Andrzej Włast, zapomniany dziś jako poeta, ale pamiętany jako autor słów licznych szlagierów. Wspomnijmy tylko dedykowany Toli Mankiewiczównie a unieśmiertelniony przez Irenę Santor „Walc François”, okryte światową sławą „Tango Milonga”, przeżywającą wciąż drugą młodość na wszelkich przeglądach i festiwalach „Rebekę”, czy „Całuję twoją dłoń madame…” będące spolszczoną wersją przeboju Marleny Dietrich.

Gwoli ścisłości nie oni przecierali literacko-satyryczne szlaki. Założony w 1905 roku w Krakowie pierwszy polski kabaret „Zielony Balonik” opierał się na tekstach zrodzonych pod piórem twórców, którzy na trwale zapisali się w historii polskiej literatury – Tadeusza Boya-Żeleńskiego czy Adolfa Nowaczyńskiego. Po II wojnie światowej ów poczet uznanych nazwisk dopełnią m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Jeremi Przybora, Agnieszka Osiecka, Jonasz Kofta czy Wojciech Młynarski.

Gorzka owa refleksja niczym piołun, ale innej wykrzesać nie sposób patrząc jak kolejne współczesne kabaretowe zastępy mylą satyrę z szyderstwem. Skrywając się za pojemnym pojęciem formy czy konwencji, krzeszą z ust widowni nie uśmiech a rechot, raz to wykrzywiając fizis w niesmacznej parodii umysłowej ułomności, innym razem smakując wulgaryzmy co wydaje się doświadczeniem kilkulatka. Nie są dziś również niczym odkrywczym próby naruszanie tabu. Mówią raczej o wrażliwości i poziomie empatii twórców – jak mawia mój przyjaciel twórców przez duże TFUU… Z resztą dobór tematów mógłby częstokroć świadczyć o pewnych natręctwach…

Deklaratywnie uciekają współczesne grupy od satyry politycznej, która począwszy od „szopek politycznych” skamandrytów stanowi znaczący, choć wbrew temu co można by sądzić, wcale nie dominujący nurt w historii polskiego kabaretu. Historii, którą znać wszakże muszą, bo wyciągając wnioski starają się małymi kroczkami budować sprzeczny ze swej natury sojusz błazeńskiego cechu i tronu. Sytuacja ta mniejsze wszakże budzi zdziwienie, jeśli zważy się na dyskretnie przemilczane ideowe zakręty Brzechwy, Tuwima czy Gałczyńskiego (abstrahując od wartości ich pisarskiego warsztatu). Jakże krańcowo różne od niezmiennej postawy Mariana Hemara, toczącego zresztą po 1945 roku poetyckie polemiki ze swymi dawnymi przyjaciółmi. A może owo zdziwienie czy rozczarowanie jest po prostu nieuzasadnione jeśli zważymy, że naiwnie pokładamy nadzieje – często etycznej natury – w komediantach (to samo wszakże tyczyć się może piszących o odpadach i ludzi innych profesji). Rzecz jasna pozwalając sobie na owe refleksje mam świadomość, że prawdziwą miarą przykładaną przez nas do pojęcia obiektywizmu jest – choćbyśmy się zarzekali i zaklinali – zbieżność poglądów.

Nie bez powodu zestawiłem kilka zdań wcześniej majestat władzy i błazeńskie rzemiosło. Pisząc o scenicznych prześmiewcach, lustrując myślą ich poczet nie sposób uniknąć natrętnych skojarzeń. Bo jeśli satyra mądra, mająca zmusić do refleksji a przy tym odważna w swych sądach, to kto jeśli nie Stańczyk? Legendarny błazen królewski na służbie trzech Jagiellonów – Aleksandra, Zygmunta I Starego i Zygmunta II Augusta, któremu hołdy przez wieki składano tak liczne, iż dziś nie podobna wskazać, które myśli śmigłe w jego rodziły się głowie, które zaś pod piórem kronikarzy. Można by wręcz sądzić, iż ową postać skrojono z wyobraźni ku pouczeniu innych, ale w księgach rachunkowych dworu królewskiego zachowały się zapisy, w których co warto wspomnieć trzykrotnie mądrym („sapiens”) go zwano. Owe ślady w księgach pozwalają sądzić, iż zanim przywdział strój błazna żołnierskie rzemiosło nie było mu obce. Tłumaczyć to może odwagę z jaką zdanie swe wyrażał. Cięty miał język i celne riposty. Jak wspominają współcześni mu kronikarze, był błaznem osobliwym  o filozoficzno-moralizatorskich zapędach, co wszakże musiało znajdować uznanie, skoro mimo gorzkich słów do króla i dworu kierowanych Zygmunt I Stary opłacał go hojniej niźli innych wesołków. Wedle zapisów z 1546 roku najwyższa wypłacona mu suma wyniosła 6 florenów, podczas gdy dwaj inni błaźni – Aleksander Diogeni i Wojciech z Bochni za swą pracę tylko po dwa otrzymali. Co znaczące, dla tej opowieści wynagrodzenie Stańczyka równe było w tym wypadku pensji królewskiego kapelana i chirurga.

Żywot prowadził mimo to Stańczyk skromny, nie tylko na dworze, ale i po krakowskich ulicach w swym stroju błazeńskim chodząc. Razu pewnego obili go i obdarli z niego jacyś łotrzykowie. Szczęściem błazen z owej przygody uszedł cało, a gdy litujący się nad jego nieszczęściem Zygmunt Stary dziwił się żartując, iż nie wzywał pomocy, odrzekł – „Ciebie, królu gorzej drą – wydarto Ci Smoleńsk a milczysz”.

Na pozór przewrotne a przecież nieprzypadkowe bywają zamysły Opatrzności. Smoleńsk, ów gród, który daremnie czekając odsieczy poddał się wojskom Wielkiego Księstwa Moskiewskiego u kresu lipca 1514 roku, już na zawsze będzie się wiązał z osobą Stańczyka. Jego nazwa pięć wieków później miast refleksji uchwyconej w obrazie Matejki, krzesać będzie z ust jego następców płochy i pusty uśmiech. Dam z resztą głowę, iż wielu z nich nie wie, iż słynna praca mistrza Jana nosi tytuł „Stańczyk w czasie balu na dworze królowej Bony, kiedy wieść przychodzi o utracie Smoleńska”. Bo oto wieść przyszła z kresów budząca trwogę. Stańczyk treść listu sczytał raz jeszcze i zapadł się w sobie. Panowie koronni w drugiej sali bawią się w najlepsze. Czyżby o treści listu nie wiedzieli? Rzecz to nie podobna, bo list otwarty a błazen sam pieczęci przełamać by się nie ważył. Może rzecz całą już w sobie przełknęli, piwem przednim popili. Smoleńsk daleko. Dość im żałoby.

Rzeknie kto, iż ułuda to jeno z wyobraźni utkana. Że Bona Sforza na tronie królewskim cztery lata po smoleńskiej stracie zasiadła. Rzeknie, nie rozumiejąc Matejki, który sięgając symboli z rozmysłem miast płócien ścisłych faktograficznie tworzył malarski teatr polskich losów. Ku serc pokrzepieniu i ku rozwadze. Snując swą epopeję uczynił ze Stańczyka swego ulubieńca, wcielenie patriotyzmu i przenikliwej mądrości. Oglądając więc „Zawieszenie dzwonu Zygmunta” odnajdziemy Stańczyka u stóp króla w pozie iście błazeńskiej, ale już „Hołd pruski” przynosi postać zgoła refleksyjną. Musiał znać mistrz Jan przypowieść o królewskich łowach na niedźwiedzia, którego w 1533 roku w darze Zygmunt Stary z Litwy otrzymał. Zwierzę w skrzyni drewnianej przewieziono do Niepołomic, gdzie polować król na niego zamierzał. Władcy konno towarzyszyła królowa, wówczas brzemienna i bliska rozwiązania. Powiadają, że kiedy blisko trzystu ludzi ruszyło z nagonką przy boki królewskiej pary był i nieodłączny Stańczyk. Niedźwiedź nie zamierzał uszanować królewskiego majestatu i przedarłszy się przez knieję ku Zygmuntowi i Bonie szarżować począł. Położył zwierz podkomorzego wraz z koniem, nie dał mu rady wielki krajczy, co z oszczepem się na niego zamierzył. Spłoszony koń poniósł królową, która nieszczęśliwie osunąwszy się z niego poroniła. Niedźwiedź i błazna z koniem wywrócił, co stało się powodem żartów ze strony króla. Miał władca czynić wyrzut Stańczykowi mówiąc „Począłeś sobie nie jako rycerz, ale jako błazen, żeś przed niedźwiedziem uciekał”. Odrzekł mu tedy królewski ulubieniec do owej przygody, ale i hołdu Albrechta Hohenzollerna przypijając „Większe głupstwo tego, co mając niedźwiedzia w skrzyni, puszcza go na swoją szkodę”.

Rzec by można, iż cenił Matejko nie tylko przenikliwość, ale i błyskotliwość królewskiego błazna. A może czuł w nim, w tym względzie bratnią duszę i bo jemu cech owych nie zbywało. Kiedy po premierze „Rejtana na sejmie warszawskim” spadła na niego fala krytyki tak wielka, iż nawet Józef Ignacy Kraszewski piętnował wybór bolesnego tematu pisząc, że „policzkować trupa matki się nie godzi”, słysząc jak jeden z arystokratów radzi by posłać obraz do Petersburga, bo tam go kupią, ze spokojem celnie ciął ripostą – „Kupili żywych, mogliby kupić i malowanych”. Wracając do Stańczyka ukochał go Matejko miłością wierną, którą ów mu z nawiązką odpłacał. Owo „smoleńskie płótno” z 1862 roku przez wielu krytyków uważane jest za najlepszy obraz, który kiedykolwiek wyszedł spod jego pędzla. Już w pierwszej recenzji opublikowanej w krakowskim „Czasie” pisano iż „artysta o doskonałość trąca” a i współcześni krytycy piszą o „Stańczyku” jako o dziele wybitnym „w którym bogactwu przemyśleń związanych z jego zawartością treściową odpowiada mistrzostwo formy”.

Nim jednak królewski błazen zastygł w ciemnej komnacie królewskiego dworu, pojawił się na innym płótnie Matejki. W 1856 roku, jeszcze studiujący w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych adept sztuki malarskiej podarował dyrektorowi Biblioteki Jagiellońskiej obraz zatytułowany „Stańczyk udający ból zębów”. Fortel ów godny Stańczyka, pomógł mu korzystać z niedostępnych dla niego zasobów biblioteki, ale równie ciekawa jest sama anegdota uwieczniona na płótnie. Jeśli wierzyć literackiej biografii błazna spisanej przez Józefa Ignacego Kraszewskiego, stanął kiedyś zakład między Stańczykiem a jednym z panów koronnych o to, jakiego stanu ludzi jest najwięcej na świecie. Ten i ów prawił, że krawców, szewców czy też innych rzemieślników najłatwiej spotkać można, ale Stańczyk obstawał przy lekarzach, których przyrzekł w przeciągu trzech dni stu w Krakowie wskazać. By tezę swą udowodnić przewiązał błazen chustą swe lico, ból zęba udając. Zaraz też ciekawość począł budzić i litość, tak że każdy z radą na przypadłość ową spieszył. A  że kałamarz i pióro przy boku nosił, rejestr doradców zaczął sporządzać. Trzeciego dnia udał się Stańczyk do owego wielmoży, z którym o sto złotych zakład stanął. Ów podstępu nie przeczuwając rzekł mu „Ot, ja cię zaraz uleczę, poślij tylko do apteki po piretrum i chmielu w occie umoczywszy, płucz tém gębę”. W podzięce za dobrą radę rezolutny błazen umieścił go na pierwszym miejscu swego spisu. A kiedy przyszedł czas rozstrzygnięcia zakładu, zdziwił się bardzo ów wielmoża,  bo za lekarza się nie uważał. „Przecieżeś mi wasz mość na zęby lekarstwa nauczył” – miał odrzec Stańczyk i ku powszechnej uciesze zakład wygrał.

I znów rzeknie ktoś, że baśnie prawię, że anegdotę ową spisano przeszło sto lat wcześniej na dworze książąt d’Este w Ferrarze, że przypisano ją jeno Stańczykowi. Czemu jednak nie wierzyć Kraszewskiemu. Najpłodniejszy polski (a ponoć i bezkonkurencyjny w tym względzie na świecie) pisarz, oparł się na fragmencie „Dworzanina polskiego” Łukasza Górnickiego, ów zaś w czasach Zygmunta Augusta pełnił funkcję królewskiego bibliotekarza i musiał znać sędziwego już wówczas błazna. Nie odmawiałbym Stańczykowi erudycji i doskonałej znajomości rzemiosła.

Mniejsza o to, kto ów żart zamyślił, krakus Stańczyk czy florentczyk Piotr Gonella. Dość, że trafny bo rzeczywiście tak dawniej, jak i dziś wielu znajdzie się takich, którym zda się że wiedzą medyków przewyższają. Zapisano w dawnych księgach, jak to pewien doktor medycyny Brosycyusz uskarżał się w liście z pierwszej połowy XVII wieku na rosnącą w Polsce konkurencję w postaci mnichów, bab i katów. Ci ostatni z racji wykonywanej profesji mogli uchodzić za obeznanych z anatomią, mieli więc prawo do praktyki chirurgicznej. Jeszcze w 1762 roku stołeczna „Ordynacja policji” dopuszczała wykonywanie przez kata kuracji złamań, zwichnięć itp. z wyłączeniem praktyki cyrulickiej, czyli leczenia z zastosowaniem leków o działaniu wewnętrznym. Tak więc człowiek ów wyklęty, który upadłych do skruchy przywodził i wywozem nieczystości co dnia się parał, również ulgę w cierpieniu nieść potrafił.

Kto opowieści moje czyta, wiedzieć musiał, że prędzej czy później ślad owych odpadów w nich odnajdzie. Bo i nie tylko postać zbierającego je kata łączy śmieci z szeroko pojętą medycyną. Jej ludowa odmiana, której czasem przypisywano zapędy magiczne i zabobon, w racjonalny sposób wiązała higienę ze zdrowiem. W dniu św. Szczepana, aby pchły nie grasowały przez cały rok w łóżkach, trzeba było spalić wiechcie słomy z domowych sienników. Nadto gdy śmiecie z izby nie były tego dnia wymiecione, nie pozwalano nikomu doń wchodzić. W przeciwnym wypadku groziła przez następny rok inwazja owych dokuczliwych owadów. Na wszelki zresztą wypadek już w dzień Wigilii na Kresach nie wolno było wypowiadać słów „mak” i „hreczka”( tzn. gryka), „bo by przez cały rok były w tym domu pchły tak wielkie, jak hreczka a tak liczne jak mak”. By kluski z makiem przy wigilijnej wieczerzy spożywać mawiano nań zatyrka pchły zwodząc. W okolicach Puciłkowicz, w dawnym województwie mińskim obrzędy przeciw pchłom skierowane miały miejsce przed Wielkanocą. O świcie w Wielki Czwartek gospodyni rozebrawszy się do naga zamiatała izbę i wyrzucała śmieci na podwórze, by owe insekty z domostwa wygnać. Okadzano potem izbę pierzem z dudka, a gdy ptak ów po raz pierwszy z wiosną się odezwał powtarzano trzykrotnie „niech pchły i wszy wyniosą się za siedem wód”.

Mniej racjonalny zda się pogląd, iż nieczystości mogą odstraszać a nawet zwalczać choroby. Na bazie takiego twierdzenia od wieków w medycynie wykorzystywano odchody zwierzęce. I tak świńskie łajno pomagało ponoć na krwotoki z nosa i gorączkę, owcze pomagało goić rany po odmrożeniach, zaś szczurze z piwem pomieszane miało nieść ulgę w zatwardzeniach, w co jak się zdaje wątpić nie należy.

Wszystko to jednak blednie, przy osiemnastowiecznych opisywanych przez Antoniego Magiera w „Estetyce miasta stołecznego Warszawy” kuracjach leczniczych serwowanych chorym na syfilis. „Takowi nieszczęśliwi, mało doznając od ówczesnych lekarzy pomocy, przeznaczeni bywali na zakopanie ich w gnoju aż po same uszy. Dość było widzieć takowych pacjentów na Gnojowej Górze obok Zamku za szkołami jezuickimi”. W czas oświecenia, w czas panowania rozum, czas gdy po raz pierwszy wśród naszych rodaków dostrzeżono ludzi rozsądnych (pisał o tym Adam Mickiewicz w przenikliwym artykule „O ludziach rozsądnych i ludziach szalonych”: „Gdzież rozsądek – wołano – chcieć opierać się woli trzech dworów? Gdzie są środki oparcia się? Czy jest czas po temu? Czy nie lepiej część poświęcić, aby resztę zachować?”), owych upadłych nieszczęśników kąpielą w odpadach i ekskrementach próbowano ratować. Przedziwny zamysł, który mimo wieków zda się z głów nie wywietrzał.