; Opowieść czternasta – saksofon raz jeszcze… | KOMEKO

Felietony

06-02-2014 #Felietony

Opowieść czternasta – saksofon raz jeszcze…

Czwartego maja 1959 roku istniejąca od dwóch lat amerykańska akademia fonograficzna NARAS  wzorując się na filmowej nagrodzie Oscara po raz pierwszy oddała w ręce wybranych przez siebie artystów Nagrody Grammy. Na debiutanckiej liście odbierających dwadzieścia dwie statuetki w kształcie gramofonu odnajdziemy po latach tak znane nazwiska jak Ella Fitzgerald, Frank Sinatra, Henry Mancini czy Domenico Modugno (za popularną do dziś, inspirowaną malarstwem Marca Chagala piosenkę „Nel Blu Dipinto di Blue”, znaną szerzej jako „Volare”). Do dziś  amerykański przemysł muzyczny zdążył  rozdać w rozlicznych kategoriach blisko osiem tysięcy takich statuetek, ale wciąż coroczne werdykty Akademii budzą za oceanem wiele emocji. Cóż, trudno obiektywnie porównywać to co w istocie niemierzalne, dlatego są tacy, którzy tego typu zabawę kontestują, są tacy, którzy biorą ją na poważnie. Bez wątpienia są jednakże Nagrody Grammy ważnym elementem dochodowej branży, pożądaną marką wspomagającą poczynania rynkowe.

Nic więc dziwnego, że informacja o uhonorowaniu podczas tegorocznej gali polskiego pianisty Włodzimierza Pawlika odbiła się szerokim echem w polskich mediach. Jest się z czego cieszyć, bo polskie nazwiska rzadko goszczą wśród nagradzanych za oceanem. Na polu muzyki klasycznej  w 1987 i 1989 roku zaszczyt ten przypadł Krzysztofowi Pendereckiemu, a w 2012 – Orkiestrze Filharmonii Narodowej w Warszawie pod batutą Antoniego Wita wraz z solistami za nagrania utworów tegoż Krzysztofa Pendereckiego, jeszcze wcześniej seryjnie doceniano talent światowej sławy pianisty Artura Rubinsteina (1959, 1963, 1965, 1972, 1974, 1975, 1976, 1977). W pomijanej w mediach nie wiedzieć czemu milczeniem kategorii „Best Polka Album” w 1987 roku triumfował Eddie Blazonczyk z Chicago, który nim sięgnął po skoczny repertuar, dwadzieścia lat wcześniej w erze rockabilly jako Eddy Bell występował razem z Brendą Lee i Buddy Holly’m.

Tym razem po raz pierwszy padło na jazz. Akademia nagrodziła płytę „Night in Calisia” nagraną wraz z amerykańskim trębaczem Randy Breckerem i Orkiestrą Filharmonii Kaliskiej. Znaczący był oczywiście fakt wydania reedycji tego krążka na rynku amerykańskim, jego wartość artystyczna (choć ktoś, kto jak ja na co dzień nie smakuje współczesnego jazzu, po jednorazowym przesłuchaniu może tego nie docenić) jak i obecność na nim wspomnianego Randy Breckera. Obaj panowie przyjaźnią się od dwudziestu lat, po raz pierwszy amerykański trębacz wspomógł polskiego pianistę podczas sesji do płyty „Turtles”, ale szerszej publiczności, zwłaszcza tej za oceanem zaprezentowali się w 2009 roku płytą „Nostalgic Journey – Tykocin Jazz Suite”. Krążek z napisaną przez  Włodzimierza Pawlika suitą „Tykocin” rok wcześniej ukazał się w Polsce, jako echo wzruszającej historii splatającej losy rodziny Breckerów i podlaskiego miasteczka.

Położony w Kotlinie Biebrzańskiej nad Narwią Tykocin zapisał się w polskiej historii jako siedziba skarbca i arsenału koronnego za czasów króla Zygmunta Augusta, czy m.in. miejsce ustanowienia najstarszego odznaczenia Rzeczypospolitej przez króla Augusta II – Orderu Orła Białego. Był też począwszy od 1522 roku miejscem osadnictwa ludności żydowskiej. Jak podają historycy potomkowie Abrahama w dziewiętnastym stuleciu stanowili blisko 70% ludności miasteczka, współtworząc przez lata jego potencjał i koloryt, aż do czasu ich wymordowania przez Niemców w pobliskim Lesie Łopuchowskim w czasie II wojny światowej.

Tyle, w skrócie o Tykocinie. Kto nie słucha jazzu, jeszcze mniej wie o rodzinie Breckerów. W latach siedemdziesiątych bracia Randy i Michael stworzyli jeden z najsłynniejszych zespołów jazzowych Brecker Brothers wyznaczając nowy styl określany jako jazz fusion. Aż do momentu, gdy u Michaela zdiagnozowano białaczkę. Dla ratowania życia saksofonisty niezbędny okazuje się przeszczep szpiku, najlepiej od dawcy o tym samym kodzie genetycznym. I tak to w zabieganym świecie, zapatrzonym w tu i teraz choroba zmusza rodzinę Breckerów do poszukiwania śladów przeszłości. Dopiero teraz okazuję się tak naprawdę jak niewiele o sobie wiedzą. Jak wspomina Włodzimierz Pawlik w jednej z rozmów Randy Brecker wspomniał o prawdopodobnych polskich korzeniach co staje się asumptem do rozpoczęcia poszukiwań. Pierwszy, mylny trop zdawał się wskazywać na Lublin i okolice. Poszukiwania nazwiska Brecker wśród ocalałych archiwaliów dokumentujących życie żydowskiej diaspory nie przyniosły rezultatów. Wydaje się, że wysiłki polskiego kompozytora spełzną na niczym, gdy zza oceanu nadchodzi informacja od siostry muzyków Emily Brecker, iż ich dziadek nazywał się prawdopodobnie Tekocky lub Tukocky. Drugą przekazaną przez nią istotną informacją okazuje się prawdopodobne miejsce urodzenia rzeczonego dziadka – miasteczko Suchowola na Podlasiu. Jeszcze raz Pawlik wsiada w samochód i wraz z żoną rusza do Suchowoli by przejrzeć stare księgi parafialne. Niestety jest niedziela i kancelaria w parafii jest zamknięta. Na szczęście żona kompozytora przypomina sobie, że z Suchowoli pochodzi jedna z jej studentek. Pomocny okazuje się telefon. Ojciec dziewczyny, nauczyciel z tamtejszego liceum służy pomocą. Kojarzy nazwisko Tykocki – przed wojną mieszkał tam niejaki Jakub Tykocki. Jakub to imię zapomnianego dziadka Breckerów. Wszystko powoli zaczyna się układać. Więc może jeśli Tykocki to innych śladów rodziny należy szukać w Tykocinie a nie w Suchowoli? Wnioskowanie okazuje się prawidłowe. Breckerowie odnajdują więzy rodzinne tak na Podlasiu jak i w Stanach… Niestety przeszczep szpiku się nie powiódł. Michael Brecker zmarł 13 stycznia 2007r. w Nowym Jorku.

Zapyta ktoś, skąd ten przydługi wywód w tym miejscu? Pewnie stąd, że jeden z jego bohaterów  gościł już kiedyś w mych opowieściach. Michael Brecker to wykonawca słynnej partii saksofonu w „Your Latest Trick” – nostalgicznej historii Marka Knopflera inspirowanej widokiem pracy nowojorskich śmieciarek. Sam Knopfler tak zwykł mawiać o tym fragmencie utworu:

„To solo na saksofonie po prostu musiało się tam znaleźć… Chris White, który grał je na trasie, powiedział mi później, że podczas każdej wizyty w sklepie muzycznym słyszał, jak ktoś je gra, żeby wypróbować instrument. Zawsze mnie to bawiło, bo w sklepach z gitarami dzieciaki na ogół grają  „Stairway To Heaven”, a mnie nigdy nie przyszło do głowy, że jeśli będą tam grać coś mojego, to będzie to motyw saksofonu”.

Zaiste, niezwykłe… A niepoślednia w tym rola jednego z braci Breckerów…