; Opowieść trzynasta – o nieoczekiwanych korzyściach z nowej ustawy | KOMEKO

Felietony

03-02-2014 #Felietony

Opowieść trzynasta – o nieoczekiwanych korzyściach z nowej ustawy

Kiedy w 2012 roku tęgie głowy pochylały się nad projektem zmian ustawowych w gospodarce odpadami zmuszone były zwyczajowo nakreślić tzw. ocenę skutków regulacji. Rzecz jasna przy zmianie o tak istotnym charakterze było oczywiste, iż będzie ona „oddziaływać na wszystkie podmioty” w nim uczestniczące. Pisano więc o wpływie na „sektor finansów publicznych, w tym budżet państwa i budżety jednostek samorządu terytorialnego”, o wpływie „na rynek pracy”, na „konkurencyjność gospodarki i przedsiębiorczość”, oddziaływaniu na „sytuację i rozwój regionalny” i rzecz jasna na „ochronę środowiska”. Pisano wiele, ale było oczywiste, że życie na pewno czymś nas zaskoczy.

Od momentu, kiedy nowe zapisy prawa traktujące o odpadach weszły w życie, księżyc – który spogląda teraz na mnie piszącego zza okna – już siedem razy stawał w nowiu. Chciałoby się rzec – ucichł gwar i opadł pył bitewny, studzą się emocję, nadchodzi czas ocen i podsumowań. I w rzeczy samej, nowy zastęp tęgich głów zasiadł do pracy nad kolejnymi zmianami. Nim je zaproponuje rozpatrzy zapewne efekty owego wpływu na sektor, na rynek, na konkurencyjność, sytuację czy rozwój.

Mój ogląd spraw, jest w sposób oczywisty wycinkowy. Dostrzegam wzrost ilości odbieranych odpadów. Cieszy rosnący zapał mieszkańców do ich segregowania. Czasem zachodzę w głowę, gdzie do tej pory podziewały się owe tony odpadów budowlanych, gabarytowych czy zielonych? Jako się rzekło – to z pewnością czas, ale nie miejsce na rozważanie tych kwestii. Zostawmy je fachowcom skupiając się na czymś co można by określić efektem ubocznym ustawy. Czymś czego z kolei wycinkowość ich oglądu spraw, dostrzec nie dozwoli.

Minionych siedem miesięcy dało mi okazję do przedziwnych obserwacji, których przecenić nie sposób. Dostrzegłem rosnące grono tych co to sami sobie sterem, żeglarzem, okrętem  i kowalem własnego losu. Grono może jeszcze niezbyt liczne ale jako rzekłem pomnażające swe szeregi. W dużej części ukryte, jak owe 10% luk w miejskiej ewidencji wytwarzających odpady. Grono przedsiębiorcze, pragmatyczne i postępujące z żelazną logiką – płacę i wymagam.  A że płacić będę wedle swej oceny dużo, adekwatne mam wymagania. A jeśli owe wymagania nie będą spełnione…

Pamiętam, jak w owym pierwszych dni zamęcie przechodziłem korytarzem obok biura obsługi klienta. Wąski korytarz w „przewróconym wieżowcu” jak zwykło się mówić na skromny budynek biurowy czarny był od ludzi. I tak ponadnormatywnie wysoką temperaturę słonecznych, lipcowych dni podnosiły emocję oczekujących. To prawda w tamtych dniach dodzwonić się do biura było nie sposób. Liczba zainteresowanych była tak duża, że przeciążona centralka telefoniczna połączywszy kilku pierwszych, niewielką liczbę kolejnych obdarzała nadzieją wysyłając sygnał zajętości. Wszystkim następnym dane już było jedynie wysłuchać głuchy sygnał prowadzący do jedynego logicznego (choć jak widać nieuprawnionego) wniosku – po drugiej stronie ktoś z rozmysłem nie podnosi słuchawki. Bieżeli tedy całymi zastępami do biura by tracić swój cenny czas w przydługiej kolejce, czekając na rozwiązanie problemu. Doprawdy, przechadzka korytarzem mogła być wtedy ryzykownym przedsięwzięciem. Pośród całej rzeszy zniecierpliwionych a jednak wyrozumiałych klientów, którzy jeśli nawet nie pojmowali skali zachodzącego przedsięwzięcia, złorzeczyli raczej anonimowym ustawodawcom, byli i tacy którzy już w pierwszych dniach zamierzali egzekwować wszystko co im należne. To oni stanowili zarzewie i siłę napędową gorących dyskusji. Jak już pisałem, z żelazną konsekwencją – płacę więc wymagam, choć naiwnością było sądzić, iż tak dużą logistyczną operację związaną z przemieszczeniem kilkunastu setek pojemników czy dostarczeniem kilku tysięcy worków i harmonogramów można przeprowadzić jednej nocy, uniknąwszy przy tym błędów.

Biada temu, kto próbując mimo wszystko zachować pogodę ducha obdarzał czekających uśmiechem. Ów uśmiech w rozedrganej od nerwów atmosferze odbierany był – o ironio – jako szyderczy, czego doświadczyłem na własnej skórze ścigany lodowatym spojrzeniem i kąśliwym komentarzem. Przełykaliśmy to przedziwne doświadczenie w milczeniu bo na cóż mogły się tu zdać słowa. Nowa ustawa zaowocowała niebywałym wzrostem świadomości ekologicznej. Nie sposób przekonywać przekonanych. Pomnę jak niezwykle sympatyczną skądinąd panią, która rozpoczęła rozmowę jasno postawioną deklaracją – „jestem przygotowana do rozmowy, teraz jest internet” co zabrzmiało jak dalekie echo sławetnej deklaracji byłego premiera „bardzo dużo czytam, odświeżam umysł, teraz będę […] jak brzytwa”. Jeszcze bardziej wryło się w moją pamięć zapewnienie równie sympatycznej dziennikarki, która w naszej rozmowie stwierdziła rozbrajająco „niech się pan nie martwi, nie pierwszy raz piszę o czymś na czym się nie znam”.

A jednak, te na pozór nic nie znaczące historie poczęły mi zwolna uświadamiać, iż jesteśmy oto świadkami znaczącej zmiany społecznej. W przedziwny sposób „śmieciowa ustawa” w coraz większej grupie osób wyzwoliła ukryty gen asertywności. Z otwartą przyłbicą stawali w obronie swych interesów dobitnie artykułując swe poglądy. I choć robiące dziś niezwykłą karierę pojęcie asertywności, zrodziło się za oceanem, gdzieś w połowie ubiegłego stulecia, są wśród nich i tacy, którzy sięgają głębiej,  w otchłanie rodzimej tradycji. Niczym bohaterowie szlacheckich, kresowych opowieści – facecjoniści, którzy dla zasady nieustannie prowadzali się ze swymi sąsiadami po sądach ziemskich i grodzkich. Z tą małą różnicą, iż ich praojcom nie przyszło by do głowy sięgać po ostateczny argument – „a kto mi zabroni mówić nieprawdę?”. Z pewnym uznaniem trzeba jednak przyznać, że idąc z biegiem czasu doskonalą rzemiosło sięgają po zdobycze techniki. Starcza im przy tym inwencji, by zakładając jednorazowe konta mailowe, okraszać ich nazwy sformułowaniami zdradzającymi skrzętnie skrywane tęsknoty. Co do treści… z reguły brakuje konceptu a i braki w łacinie nazbyt widoczne.

Nic to. Jak pisał jeden z mych ukochanych czarodziejów słowa –„ idziemy przez zamęt, dojdziemy do siebie”.