; Opowieść dwudziesta – o rzemiośle nieczystym | KOMEKO

Felietony

05-05-2014 #Felietony

Opowieść dwudziesta – o rzemiośle nieczystym

Znudzeni redaktorzy gazet zwykli przeceniać ułomność swych czytelników proponując im towar częstokroć nie pierwszej świeżości. Stąd czarno-białe i kolorowe szpalty raz po raz zapełniają się wątpliwej jakości „alfabetami” czy porównującymi nieporównywalne zestawieniami typu „sto najpopularniejszych…”, „dziesięć najgorszych…”. Cóż, wykorzystują tkwiącą w nas podświadomie skłonność do oceny, do porównań a my dajemy się złapać na rzuconą przynętę. Doczytawszy do końca nazbyt często stwierdzamy, iż nie sposób zgodzić się z zaserwowanymi wyrokami i w zasadzie po raz kolejny roztrwoniliśmy trochę czasu. Z czasem przestajemy się dziwić. Nawet kiedy natrafiamy na zestawienie najbardziej pogardzanych zawodów na świecie. Niezmiennie poczesne miejsce w tego typu zestawieniach zajmuje profesja „śmieciarza”. Pieszczotliwe, pełne empatii określenie używane przez ankietowanych i konstruujących ankietę mówi dość o postrzeganiu takiego sposobu zarabiania na chleb. Może się zdarzyć, iż czytany przez nas artykuł będzie opatrzony komentarzem powszechnie znanego ze szklanego ekranu socjologa, który wyjaśni, iż myśląc o zawodach o niskim prestiżu, budzimy w sobie opory natury etycznej, estetycznej i ekonomicznej. Oczywiście aspekt ekonomiczny potrafi przełamywać dwa pozostałe, a wtedy codzienny kontakt ze śmieciami nie wydaje się już tak uwłaczający. Ironizuję, ale może w przypadku tej profesji wyjaśnienia socjologów są nazbyt oczywiste. Niewielu z nas pamięta, iż przed wiekami ulice naszych miast oczyszczali z odpadów przedstawiciele, kto wie czy nie bardziej pogardzanego zawodu. Trudniących się owym rzemiosłem zwano drzewiej różnie – najczęściej zgoła przewrotnie „mistrzem” czy „małodobrym”. Obowiązująca ówcześnie łacina pozostawiła w dokumentach taki określenia jak: magister justitiae, executor justitiae, carnifex civilis, magister tortor, servus civitatis. W języku libijskim czy też wałtarskim, jak niekiedy zwykło się zwać gwarę złodziejską (najstarszy jej zapis na ziemiach polskich pochodzi co ciekawe już z 1380 roku w księdze spraw karnych podkrakowskiego Kazimierza) mawiano na takiego człowieka „skruch”. Można wnosić, iż określenie to pochodzi w prostej linii od słowa „skrucha”, bo człowiek ów w ramach swego zawodu miał przywodzić do skruchy, a przy tym dosłownie skruszyć doczesność złoczyńcy. Mowa tu bowiem o kacie, który wzorem miast zachodniej Europy zagościł w polskich grodach i miasteczkach w trzynastym stuleciu. Głównym jego zajęciem było wykonywanie wyroków na skazańcach – wyroków śmierci, kar cielesnych czy też obrzędu wyświecenia z miasta. Wyświecenie to rzecz jasna wypędzenie z granic miasta, poprzedzone oprowadzeniem po rynku z ogłoszeniem win skazanego, które odbywało się w świetle płonących pochodni. Przykładał kat swoją rękę również do procesów sądowych przy pomocy swych specjalistycznych narzędzi badając podejrzanych i jako się rzekło przywodząc do skruchy. Co ciekawe jednak wśród rozlicznych jego obowiązków znajdowały się również czynności, które można by określić jako higieniczno-sanitarne, tj. oczyszczanie ulic, kloak i fos miejskich, wyłapywanie bezpańskich zwierząt, oraz usuwanie padliny (do jego obowiązków należał także zarząd nad miejskim zamtuzem i związanymi z nim nierządnicami). Prac tych nie wykonywał kat samodzielnie. Zatrudniał w tym celu pomocników, co znajdowało swoje odbicie w nazwach jaki im nadawano – niektóre z nich nawet dziś brzmią znajomo: katowczyk, butel, szargarz, rakarz, hycel, szelma, drzyk czy po prostu katowski pachołek. Widać, władze miejskie zawierające z katem tzw. kapitulacje, czyli stosowne umowy o pracę, wychodziły z założenia, iż kat jako osoba nieczysta z racji swego podstawowego zajęcia winien przejąć także inne hańbiące czynności. Wydaje się jednak, że czynności higieniczno-sanitarne nie od razu zaistniały wśród katowskich obowiązków. W dawnym Poznaniu początkowo do czyszczenia fosy zatrudniano więźniów i złapanych na braku zajęcia „ludzi luźnych” zaś opróżnianie dołów kloacznych i utrzymanie bruku przylegającego do nieruchomości należało do właściciela nieruchomości. Nim w 1582 wziął na siebie ów trud małodobry, trudnili się tym również w ramach prac pańszczyźnianych chłopi z podpoznańskich wsi – Jeżyc, Winiar i Kundorfu. Kat zabierał jednak śmieci jedynie z jak byśmy dzisiaj powiedzieli posesji niezamieszkałych korzystając z utrzymywanego przez miasto transportu konnego. Po przeszło czterdziestu latach zatrudniono w Poznaniu tzw. sługę rynsztokowego, który w pewnej części ulżył katowskiej doli przejmując nadzór nad kanałami ściekowymi. W Toruniu, zawarta w 1751 roku kapitulacja nakazywała katu i jego pomocnikom oczyszczać z padliny wały i ulice publiczne, usuwać fekalia zalegające pomiędzy Bramą Starotoruńską a Chełmińską, a w tzw. „psie dni” wyłapywać wałęsające się psy niezaopatrzone w obroże. Jak zauważa Marek Pacholec w swoim przekrojowym artykule „Kat jako członek społeczności miejskiej w Rzeczypospolitej wieków XVI-XVIII” urząd kata z czasem ewoluuje właśnie w kierunku czynności hyclowsko-sanitarnych. W „Ordynacji Policji czyli ochędustwie dla Miasta Warszawy” z 1767 roku na trzynaście wymienionych obowiązków mistrza, aż osiem stanowią czynności nie związane z torturami i egzekucjami. Kto czytał „Wieszanie” Marka Rymkiewicza pamięta zapewne postać Stefana Bӧhma – stołecznego kata, który zatrudniony w Komisji Brukowej dbając o stan bruków i rynsztoków miał ku pomocy Magazyn Karowy na Nalewkach, gdzie stacjonowały wozy (tzw. kary) wywożące ku Wiśle błoto i śmieci. Ówże Stefanek jak go popularnie w stolicy zwano (utrwaliła się w mowie przestroga czy groźba „pójdziesz ty do Stefanka na śniadanie”) pobierał z racji swego etatu 92 złote polskie miesięcznie czyli niecało 5 czerwonych złotych, co ponoć nie było wysokim wynagrodzeniem. Możliwość dodatkowego zarobku stwarzały prace zlecane indywidualnie przez mieszkańców a związane z wywozem padłych zwierząt hodowlanych (co nie było zwykle ujęte w umowie z rajcami miejskimi). Potwierdza to cennik usług lubelskiego kata, który za uprzątnięcie zdechłego bydła u progu XVII wieku otrzymywał 3 złote, zaś za oczyszczenie więzienia płacono mu ledwie 2 grosze. Nieoczekiwanym dla czytelnikiem źródłem katowskiego dochodu było coś co moglibyśmy nazwać premią za profesjonalizm. Zdarzało się bowiem – tu wróćmy do podstawowego zajęcia naszego bohatera – że skazaniec, jeszcze przed wejściem na szafot płacił za szybkie i sprawne wykonanie wyroku. I tak 9 maja 1794 roku wieszając zdrajców wspomniany Bӧhm otrzymał od hetmana litewskiego Józefa Zabiełły sakiewkę dukatów, od marszałka Rady Nieustającej Ankwicza – złotą tabakierę i zegarek, zaś od biskupa Kossakowskiego potrójny czerwony złoty. Niemniej, nie było to rzemiosło sowicie opłacane. Hannele Klementtilӓ w swej książce poświęconej profesji kata w wiekach średnich wskazuje, iż we Francji, Niemczech czy Holandii nie praktykowano wypłacania regularnego wynagrodzenia a jedynie prowizję od wykonywanych czynności. W efekcie możemy się spotkać z upiornymi z dzisiejszego punktu widzenia cennikami uwzględniającymi tak pozycje jak: ścięcie, palenie na stosie, przeciąganie ulicami, wieszanie, łamanie na kole czy chociażby obecność na rozprawie bez czynnego udziału (liczono, że sam widok kata skłoni podejrzanego do wyznania prawdy). By ulżyć jego losowi, bywało że kat otrzymywał zwolnienie z płacenia ceł i podatków. W wielu francuskich miastach przez lata (1530 – 1775) funkcjonowało tzw. prawo havee, które uprawniało kata do pobierania swoistego podatku w naturze od produktów przywożonych do miasta na sprzedaż. Miał on również prawo do ubrania skazańca, na którym wykonywał wyrok. W innej sytuacji niż Stefanek czy jego francuscy koledzy, znajdował się inny kat zapisany w zbiorowej pamięci – Stanisław Maciejewski (w „Balu na Gnojnej” „…kat Maciejewski, tam pod szubienicą, na Antosia czeka już”). Powołany przez Ministerstwo Sprawiedliwości w 1926 roku otrzymywał ze spełnienie swych obowiązków pensję w wysokości 400 złotych miesięcznie oraz dodatek w wysokości 100 złotych za każdą wykonaną egzekucję. To nie mało zważywszy, że pensją nauczyciela kształtowała się wówczas na poziomie 170 zł miesięcznie a nadto jak pisał Władysław Broniewski „… nie miał nigdy zastoju w przemyśle, pracowity kat Maciejewski” i w przeciągu swej trwającej pięć lat kariery zdołał wykonać blisko 100 wyroków śmierci. Mimo to Alfred Kalt, bo tak prawdopodobnie brzmiało jego prawdziwe rodowe nazwisko, pozostawał przez ten cały czas w nieustannym konflikcie z ministerstwie żądając podwyżki swych zarobków. Pracownicy ministerstwa niezmiennie argumentowali, iż jako urzędnikowi IX kategorii przysługuje mu taki a nie inne wynagrodzenia i pozostawali nieczuli na utyskiwanie Maciejewskiego, że z racji swej profesji jest powszechnie znany nie może podjąć żadnej innej dodatkowej pracy. Inna sprawa, że Maciejewski dużą część swych zarobków upłynniał w dosłowny sposób co kończyło się licznymi awanturami. Po jednej z nich jak donosił „Goniec Częstochowski” z dnia 29 wrześnie 1932 roku: „ w ubiegły poniedziałek z polecenia ministra sprawiedliwości otrzymał dymisję kat Maciejowski, oficjalnie tytułowany „wykonawcą wyroków sprawiedliwości” […] Zwolnienie nastąpiło na skutek informacji dostarczonych ministerstwu przez komisariat rządu o pewnej awanturze Maciejowskiego z policjantem, podczas której Maciejowski w sposób niesłychany powoływał się na ministerstwo. Od dłuższego czasu zachowanie „wykonawcy wyroków sprawiedliwości” nastręczało jego przełożonym wiele kłopotów, a to ze względu na opilstwo, któremu kat podlegał. Nie było niemal dnia, ażeby Maciejowski po pijanemu nie urządził jakiejś awantury, zwłaszcza zaś przed lub po dokonaniu egzekucji”. Zaistniałej sytuacji nie sposób się dziwić. Wykonywany zawód nie mógł pozostać bez wpływu na duszę Maciejowskiego, który próbował radzić sobie ze swym sumieniem przy pomocy wytworów monopolu spirytusowego. Ale też nie bez przyczyny zwracał on uwagę na społeczny ostracyzm, który go spotykał. Był on wpisany od wieków w charakter jego pracy. Odbierając życie i biorąc za to pieniądze był nieczysty, choć czynił to w majestacie prawa i w imieniu całej społeczności. (We wczesnym średniowieczu, nim rolę wymierzającego sprawiedliwość scedowano na mistrza, egzekucji dokonywał poszkodowany lub ktoś z jego rodziny. W państwach niemieckich owe niewdzięczna rola przypadała oskarżycielowi.) Był nieczysty bo stykał się ze śmiercią a owa nieczystość w ówczesnym odbiorze miała charakter namacalny, przenoszony przez dotyk w sensie dosłownym. Wszystko czego dotknął kat czy to osoba, czy przedmiot było zbrukane – nigdy nie pito, nie jedzono z naczyń przezeń używanych. Podobny skutek miał kontakt z jego narzędziami pracy – stąd kłopot ze znalezieniem chętnych do naprawy szubienicy. Przejawem owego ostracyzmu była konieczność wizualnego wyróżnienia spośród ogółu, tak by uchronić mieszkańców przed ryzykiem nawet przypadkowego kontaktu. Stąd pąsowe czy czerwone szaty o fantazyjnym kroju, lub obowiązkowe naszywane na rękawy oznaczenia ustalane przez rajców miejskich. Nie dane było również katu mieszkać społem z innymi – jego dom umieszczano z reguły poza murami miasta. W oczywisty sposób cierpiała na tym również jego rodzina, tak jak i on społecznie napiętnowana. Żona często pomagała mu w pracy jako nadzorczyni miejskiego zamtuza. Dzieci miały w zasadzie zamkniętą drogę do pracy w innym rzemiośle, bowiem każdy cech skrupulatnie pilnował by nie przyjmować do swego grona, kogoś kto pod jednym dachem zamieszkiwał z katem. Z resztą, wspomina się o przypadkach napiętnowania i prób wykluczania z cechu osób posądzonych o zabicie psa (wszak był to sanitarny obowiązek kata) czy udział w pochówku wisielca. Stąd syn najczęściej przejmował obowiązki ojca, czego dowodem katowskie dynastie. We Wielkiej Brytanii w latach 1902-1956 urząd ten piastowało trzech członków rodziny Pierrepoints, we Francji rodzina Sanson między 1688 a 1847 roku dostarczyła sześciu mistrzów sprawiedliwości. Trudniejsza była sytuacja córek, bowiem ku oburzeniu feministek, należy stwierdzić, iż była to profesja dla kobiet zamknięta. Wyjątkiem wydaje się zapis z edyktu francuskiego króla Ludwika IX dopuszczający ze względów przyzwoitości w 1268 roku wykonywanie przez kobietę-pomocnika kata kary chłosty na skazanych kobietach. A jednak mimo zda się powszechnego wykluczenia, nie wszyscy unikali kontaktu ze zbrukanymi. Z racji swej pracy posiadał bowiem czasami kat umiejętność niezwykłą – bywał medykiem ze znajomością anatomii przewyższającą ówczesnych cyrulików. Znajdowali się tedy chętni, by powierzać im swoje zwichnięte czy połamane kości. Jak w każdym zawodzie zdarzali się pośród katów partacze, jak ów anonimowy przedstawiciel zawodu, który uciekł porzucając miecz miast ściąć Samuela Zborowskiego, ale i ludzie honoru, jak wspominany już tu wcześniej Stefan Bӧhm. Ów w czas kościuszkowskiej insurekcji odmawiał udziału w samosądach, choć wina wieszanych przez lud warszawski nie podlegała dyskusji. Trzy tygodnie wcześniej na mocy wyrok Sądu Kryminalnego karał śmiercią przywódców targowiczan. I to już koniec opowieści o prawdziwie przeklętej i niechcianej profesji, z którą trudniący się wywozem i zagospodarowaniem odpadów winni poczuwać się do powinowactwa.