; Opowieść dwudziesta czwarta – o kustoszu zbiorowej pamięci | KOMEKO

Felietony

02-09-2014 #Felietony

Opowieść dwudziesta czwarta – o kustoszu zbiorowej pamięci

„Panowie, być może nie zapiszemy się jutro w historii, ale z pewnością zmienimy krajobraz” – tymi słowy 6 czerwca 1917 roku miał zwrócić się do swych podkomendnych pod Messines generał Herbert Plumer . Dziarski sześćdziesięciolatek, który szlify oficerskie zdobywał jeszcze podczas Powstania Mahdiego cieszył się sławą jednego z najlepszych brytyjskich dowódców. Nie bez powodu przed przeszło dwoma laty powierzono mu dowództwo Drugiej Dywizji , która zaległa w ciężkich walkach pozycyjnych na polach Flandrii. Mijał trzeci rok wyczerpującej wojny, ale Herbert Plumer, który przed laty zmuszony był sięgać do niecodziennych rozwiązań podczas walk z tubylcami w Zimbabwe czy w czasie drugiej wojny burskiej także teraz miał niecodzienny pomysł na przełamanie frontu.

Los postawił na jego drodze Edgewortha Davida, Australijczyka o walijskich korzeniach, uznanego geologa i polarnika. Nim wybuchła wojna David dzierżył już zaszczytny tytuł profesora Uniwersytetu w Sidney, odkrył pokłady węgla w Nowej Południowej Walii oraz odbył trzy wyprawy badawcze w podmorskie głębiny rafy koralowej w atolu Funafuti schodząc na głębokość 340 metrów. Zaiste, musiał być niespokojnym duchem skoro w 1908 roku ważył się poprowadzić pierwszą wyprawę do południowego bieguna magnetycznego. Ekspedycja złożona z trzech śmiałków osiągnęła swój cel po dziesięciu tygodniach pieszej wędrówki przez lodową pustynię 16 stycznia 1909 roku.

Profesor Edgeworth David był tylko rok młodszy od generała Plumera, co oznacza że gdy w Sarejewie ginął arcyksiążę Ferdynand miał już na karku lat pięćdziesiąt sześć. Miast w zaciszu bibliotek kontynuować karierę naukową niesiony patriotycznym zapałem postanowił wspomóc walczących. Australia i Nowa Zelandia już w listopadzie 1914 roku wysłała do walki swój korpus ekspedycyjny (ANZAC), który krwawo spłacił swe prawo do chwały na froncie pod Gallipoli. Nieudana próba opanowania tureckiego wybrzeża kosztowała życie 131 tysięcy walczących po obu stronach i na trwale wpisała się w świadomość Australijczyków. Nie sposób zapomnieć obsypanego nagrodami filmu Petera Weiera „Gallipoli” z kreacją młodego Mela Gibsona czy pieśni Erica Bogle „The Band Played Waltzing Matilda” z przejmującym wersem „…gdy patrzę na miejsce, w którym były kiedyś moje nogi, dziękuję Bogu, że nikt na mnie nie czekał…”. Wieści spod Gallipoli skłoniły Edgwortha Davida by wraz ze swym kolegą z Uniwersytetu z Melbourne, profesorem Edwardem Skeatsem namówić australijskie ministerstwo obrony do stworzenia Korpusu Górniczego. W październiku 1915 stanął na jego czele mając pod swym dowództwem blisko 1300 żołnierzy. Europa w czas pierwszej wojny światowej zryta była niezliczoną siecią okopów, w których trwano i krwawiono miesiącami. Rola australijskich górników i geologów nie ograniczała się jednak tylko do rycia w ziemi kolejnych kilometrów transzei.

David pojawił się pod belgijskim Messines w marcu 1916 roku pełniąc rolę doradcy Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego. Każdy kolejny miesiąc pogarszał sytuację państw Ententy. Wiosną 1917 roku Rosja po abdykacji cara pogrążała się w chaosie. Na froncie zachodnim przez okopy przeszła fala buntów. Na morzu stada U-botów trzebiły flotę sprzymierzonych. Odwrócić kartę miała brytyjska ofensywa, której celem było odrzucenie Niemców z belgijskiego wybrzeża. Początek miał nastąpić właśnie pod Messines, czy może jak mówią Belgowie Mesen. Jako się rzekło, w planie generała Plumera niepoślednia rolę mieli odegrać podopiecznie Edgwortha Davida. Gwoli sprawiedliwości gros prac prowadzili sami Brytyjczycy z kompanii tunelowych Królewskiego Korpusu Inżynierów podpułkownika Johna Northona-Griffithsa. Od ponad roku drążyli podziemne tunele w kierunku niemieckich okopów. Ochotnicy z Południowej Walii i Szkocji pracę mieli nie łatwą. Trzyosobowe zespoły (pracujący na przodku „kickers” , „bagger” wypełniający worki gliną z urobku i „trammer” wywożący worki na drewnianym wózku) pracowały w ciasny tunelach przy świetle świec od 6 do 12 godzin dziennie. Wyjątkowo liczne w okolicach Messines zwierciadła wód gruntowych dodatkowo nie ułatwiały zadania. Górnikom w ich pracy często towarzyszyły zwierzęta – myszy i kanarki, których los miał ostrzegać przed gazami bojowymi stosowanymi przez nieprzyjaciela. Niemcy bowiem również drążyli własne tunele co czasem prowadziło do wzajemnego niszczenia podkopów czy wręcz podziemnych starć przy użyciu łopat i kilofów. By takich sytuacji uniknąć podstawową zasadą pracy saperów była cisza. W tym względzie przewaga leżała po stronie Brytyjczyków, którzy jeszcze w czasach królowej Wiktorii wypraktykowali technologię bezgłośnego śrubowego kopania gliny w odróżnieniu od powszechnie stosowanych przez inne nacje oskardów. Te ostatnie w oczywisty sposób, mimo wysiłku pracujących, były źródłem hałasu, który zdradzał położenie górników. Żołnierze w okopach wypracowali zresztą własne metody wykrywania owych „kretów”. Początkowo w ziemię wbijano pręt, którego górny koniec chwytano zębami by odczuwać drgania podłoża. Potem przyszedł czas na medyczne stetoskopy czy wreszcie specjalistyczne geofony, które w stacjach nasłuchowych pozwalały wykryć odgłosy pracy saperów z odległości pięćdziesięciu metrów.

Efektem mozolnej pracy brytyjskich i australijskich górników były 22 tunele o łącznej długości przeszło ośmiu kilometrów. Wydrążone na głębokości od 24 do 37 metrów kończyły się komorami, w których złożono 455 ton materiału wybuchowego – amonalu. Wszystko było gotowe do rozpoczęcia natarcia. Daleko przed świtem nad niemieckimi liniami począł przelatywać brytyjski samolot, by zagłuszać pracę silników w przygotowujących się do ataku czołgach i przegrupowanie żołnierzy. Pogoda była doskonała. Widoczność zapowiadano tego dnia na 100 jardów ale dziesięć minut po trzeciej trudno było zapewne sprawdzić celność prognozy. W istocie nie miało to już wielkiego znaczenia bo właśnie dziesięć minut po trzeciej 7 czerwca 1917 roku pod Messines rozpętało się piekło. Jednoczesna eksplozja 455 ton amonalu w dosłowny sposób wstrząsnęła linią niemieckich okopów. W jednej chwili życie straciło dziesięć tysięcy niemieckich żołnierzy. Ofiary wybuchu były również po stronie atakujących. Jeden z ładunków eksplodował z opóźnieniem grzebiąc w olbrzymim kraterze o średnicy 76 metrów i głębokości 12 metrów licznych żołnierzy 36 Dywizji Ulsteru, którzy ruszyli do ataku przez ziemię niczyją. Ich brytyjscy, kanadyjscy, australijscy i nowozelandzcy koledzy ruszyli w ów księżycowy krajobraz pod osłoną nawały artyleryjskiej. W przeciągu trzech godzin przełamano linię frontu. Odgłos gigantycznej eksplozji słyszano w odległym o 700 kilometrów Dublinie. Podmuch wybuchu zamienił miasteczko Messines w kupę gruzów.

A jednak generał Herbert Plumer się pomylił. Odpalając owe 19 ładunków nie tylko zmienili krajobraz okolic Messines, wzbogaciwszy je o zalane wodą kratery podobne wytopiskowym, polodowcowym jeziorom. Przeszli do historii jako sprawcy największej w historii eksplozji uczynionej ludzką ręką. Palmę pierwszeństw dzierżyli aż do 1947 roku, kiedy to na poligonie bombowym na wyspie Helgoland Brytyjczycy zdetonowali 6.700 ton materiałów wybuchowych. W owej mało w istocie chlubnej hierarchii nie uwzględniono rzecz jasna dokonań nuklearnych opłaconych ofiarami Hiroszimy czy Nagasaki. Nie uwzględniono również sowieckiej „Car bomby” o mocy 50 megaton zdetonowanej w październiku 1961 roku na Morzu Arktycznym. Ów promień 700 kilometrów, w którym słyszano eksplozje pod Messines blednie przy wywołanej przez ową największą zdetonowaną bombę termojądrową fali sejsmicznej, która trzykrotnie okrążyła ziemię.

A jednak owe dziesięć tysięcy poległych nie pozostawia obojętnym i mnoży pytania. Pytania o cenę, pytania na granicy etyki, podobne tym jakie stan rycerski stawiał sobie przed wiekami w obliczu wynalezienia kuszy. Pytania na które nie sposób odpowiedzieć. Zważywszy, że pod Messines krwawiono nieustannie od października 1914 roku. Od samego początku wojny daninę krwi płacił tam 1 Batalion London Scottish Regiment – pułk ochotniczy z tradycją sięgającą jeszcze 1859 roku.

Spoglądam na stare fotografie. Na jednej z nich pociąg towarowy pełen żołnierzy podczas postoju pod Abbeville. Ubrani w kurtki mundurowe i kilty z szarego tartanu, z sukna samodziałowego znanego w całej Szkocji. Jeszcze uśmiechnięci… Na innym zdjęciu, zrobionym zapewne jeszcze przed 31 października, przed dniem wyjazdu na front, żołnierz w furażerce. Przenikliwe spojrzenie, skupiona, niemal młodzieńcza twarz, której powagi nadaje nieśmiały wąsik… Tym razem scena rodzajowa w okopach. I znów mężczyźni w kiltach. Szukają chwili snu w błotnistych transzejach…

To bardzo rzadkie fotografie. Do marca 2014 niewielu wiedziało o ich istnieniu. W zasadzie nie znano żadnych zdjęć żołnierzy London Scottish Regiment. Do czasu aż opowiedział o nich Bob Smethurst.

Bob Smethurst, jowialny, uśmiechnięty mężczyzna, którego sylwetka może świadczyć o nadmiernym zamiłowaniu do angielskiej kuchni trzydzieści sześć lat spędził przetaczając i opróżniając pojemniki z odpadami. Śnieżna biel skroni i imponującej wyspiarskiej brody zdradza, iż pierwsze kroki w zawodzie stawiał jeszcze na początku lat siedemdziesiątych. W Lindfield, urokliwym, pełnym kwitnących lip miasteczku w Zachodnim Sussex wędrował od drzwi do drzwi domostw ładując odpady do śmieciarki. W Sussex dość późno jak na Wielką Brytanię wprowadzono obowiązek umieszczania przez domowników śmieci w plastikowych workach. W efekcie, Bob wraz z kolegami miał okazję mimowolnie lustrować wzrokiem zawartość opróżnianych pojemników. Po latach nic już w nich nie dziwi. Ani marnotrawstwo jedzenia, ani elementy garderoby ani stęsknione za dziećmi zabawki. A jednak pewnego dnia w 1973 roku uwagę Boba przykuła stara, nieco pożółkła kartka pocztowa. „Droga, Mary…” – ktoś, zapewne wojskowy co należało wnosić z ilustracji pisał z frontu do najbliższych. Ciekawość przeważyła nad oporem przed zgłębieniem tajemnicy korespondencji. Przebiegł wzrokiem po lekko pochyłych, kreślonych czarnym tuszem literach. Ostatni akapit urywał się w pół zdania. I wtedy zrozumiał. Los nie dał szansy ukończyć owego listu, ale trafił on do adresata, zapewne wraz z innymi osobistymi rzeczami znalezionymi przy poległym. Nie, ta kartka nie mogła podzielić losu innych śmieci i wylądować w spalarni czy na wysypisku.

Odnaleziona w śmieciach pocztowa kartka sprawiła, że Bob Smethurst począł kolekcjonować odnajdywane w śmieciach stare fotografie. Dlaczego? Zapewne dlatego, że jest wrażliwym człowiekiem, który nie może zrozumieć, dlaczego owe drogocenne, rodzinne pamiątki, częstokroć stanowiące ostatni ślad po najbliższych w pewnym momencie stają się nikomu nie potrzebne. Wielokroć pukał do drzwi by zwrócić owe odzyskane skarby, ale bywało że nie spotykało się to ze zrozumieniem. Pośpiesznie zamykając drzwi pozbywano się natręta, którego jedynym zadaniem w mniemaniu domowników było odebranie śmieci. Nie zawsze rozumieli go koledzy z pracy, mając go w najlepszym razie za dziwaka. Ale Bob wciąż szukał, wciąż zbierał. Nie przestawały go zadziwiać sytuacje, gdy między odpadkami znajdował ordery – widome świadectwo męstwa odrzucane przez najbliższych. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych uzbierał blisko 5.000 fotografii z czasów I wojny światowej. Pięć tysięcy odrzuconych okruchów historii, czyichś twarzy, uśmiechów, spojrzeń. Zapomniane listy z frontu, jakaś chusteczka przeszyta kulą, broszka wykonana w okopach z odłamków pocisku, mapy, wiersze pisane przez rannych w lazaretach, imponujące, unikalne tablo ze zdjęciami brytyjskich lotników, które musiało kiedyś zdobić garnizonową świetlicę. Za każdym z tych niechcianych rodzinnych klejnotów stała jakaś niezapisana historia.

Z czasem ratować owe skarby było coraz trudniej. Kiedy rozpoczynał pracę przenoszone na plecach pojemniki rozładowywano na samochodzie ręcznie. Z czasem odpady zaczęto wyrzucać w zawiązanych workach, a instalacja na samochodach wywrotnic do mechanicznego opróżniania pojemników do minimum ograniczyła szanse wypełniania misji. Misji, bo Bob Sandhurst tak właśnie począł traktować swoje hobby. Niepodziewanie dla siebie samego stał się kustoszem zbiorowej pamięci. Może to wszystko za sprawą zmarłej przed laty ciotki? Rodzina siedmioletniego wówczas Boba została powiadomiona o śmierci krewnej telegramem. Gdy przybyli na miejsce zastali zdjętego rozpaczą wuja palącego w ogrodzie ognisko a w nim album ze zdjęciami. Płomienie strawiły jedyne fotografie dziadka, weterana owych pierwszowojennych zmagań…

Dziś jest właścicielem jednej z większych kolekcji fotografii i pamiątek pierwszej wojny światowej. Piszą o nich najpoważniejsze brytyjskie dzienniki, dokument przygotowało szacowne BBC. Mawia o nich „skarby”. Jak twierdzi każdy z nich jest istotny, każdy ważny na swój sposób. Pewnie zainteresowałyby niejednego kolekcjonera, ale nawet nie rozważa ich sprzedaży. Chce zachować je dla przyszłych pokoleń. Chciałby tylko uniknąć sytuacji, w której zalegną w tekturowych pudełkach na półkach muzealnych magazynów, ukryte przed wzrokiem tych, którzy powinni je oglądać… Winni pamiętać…