; Opowieść dwudziesta druga – widziałem ludzi wolnych | KOMEKO

Felietony

02-06-2014 #Felietony

Opowieść dwudziesta druga – widziałem ludzi wolnych

Mój przyjaciel chcąc mnie zachęcić do obejrzenia tego filmu powiedział – „zwykło się mówić, to warto zobaczyć, a ja ci mówię, Adam – musisz to zobaczyć, po prostu musisz”. Tak naprawdę, nie musiał mnie namawiać. Wiedziałem że chcę, nie wiedziałem tylko czy zdołam wygospodarować chwilę wolnego czasu. Piotr zdążył mnie już poznać na tyle, że nie zostawił mi wyboru. Dzwonił pytając, czy już byłem w kinie, a jeśli nie, to kiedy się do niego wybieram.

Wreszcie byłem, widziałem i wciąż pozostaję pod ogromnym wrażeniem. Tego co ujrzałem na ekranie i ogromu pracy ludzi, którzy się do powstania tego filmu przyczynili. „Powstanie Warszawskie”. Osiemdziesiąt minut odrestaurowanych kadrów powstańczych kronik ułożonych w wcale zgrabną fabułę. Wyciągnięte z niebytu kolory owych sierpniowych i wrześniowych dni, sczytane z ruchu warg słowa, wciąż identyfikowani, często podczas projekcji bohaterowie. Krótkie fragmenty, ledwie echo pracy operatorów Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej, zapisane gdzieś przed laty w pamięci, tu odnajdują swój właściwy kontekst. Inscenizowane sceny na barykadach, zapis rozmów poprzedzających przerwanie ognia na potrzeby zebrania poległych, jeńcy wyprowadzani ze zdobytego budynku „PASTY”, pikujące sztukasy, ale i życie codzienne wolnych enklaw stolicy – śluby, pogrzeby, szpitale polowe, drukarnie, powstańcza poczta, polowe kuchnie w podwórkach warszawskich kamienic. To wszystko nie pozostawia obojętnym, gdy poczynasz rozumieć, że masz naprzeciw siebie prawdziwych ludzi. Nie postacie stworzone na potrzeby mniej lub bardziej wydumanej fabuły, ale żywych ludzi, którzy śmieją się, płaczą, żartują, cierpią, ale i giną na naszych oczach.

Wszystko to potem pozostawia w rozedrganiu, potęgowanym przedziwnym kontrastem. Jakby zupełnie nie na miejscu, film zwyczajowo poprzedza blisko półgodzinna nawałnica niezbyt mądrych reklam. A potem wychodzisz z milczącej kinowej sali (tak… podczas projekcji niepostrzeżenie cichną szepty i szelest spożywanego popcornu) i trafiasz w kocioł targowiska próżności, bo jedyne kino, w którym możesz obejrzeć ów film zlokalizowane jest w centrum handlowym. A w głowie masz jeszcze chłopca wyciąganego spod linii ognia, eksplozję gmachu Prudentialu, czy owe konie biegnące opustoszałymi ulicami metodycznie niszczonej przez Niemców stolicy. Próbujesz to wszystko sobie poukładać… i znów wracasz do kolejnych obrazów. I znów szukasz odpowiedzi. Choćby skąd owe konie? Pozostają domysły.

Według danych opracowanych przez Biuro Odbudowy Stolicy, Zakład Oczyszczania Miasta dysponował parkiem maszynowym, na który składało się 70 wozów konnych, 60 samochodów ciężarowych Polski Fiat i Chevrolet, oraz 11 samochodów specjalistycznych marki Mercedes, Magirus i Henschel oraz nieruchomości – dziesięć budynków o łącznej kubaturze 36,5 tys. m3. Najbardziej znany z nich tzw. „garaż miejski” mieścił się przy ulicy Madalińskiego 4. Magistrat stolicy zdecydował o jego budowie w 1927 roku opracowanie projektu powierzające Tadeuszowi Emmelowi. Został on również kierownikiem budowy, w ramach której firma „Zakłady Przemysłowo – Budowlane Bracia Horn i Rupiewicz S.A.” wykonała halę garażową mogąco pomieścić blisko 70 pojazdów, budynki warsztatowe, magazyny, wagę oraz zbiorniki na paliwo. Zapewne owe zbiorniki, miały później posłużyć w akcji ukrycia przez działającą na terenie Zakładu komórkę Armii Krajowej, około 100 tys. litrów benzyny wykorzystywanej podczas powstania.

I znów wiedzy nie staje. Może ów uwieczniony w filmie, zdobyczny niszczyciel czołgów HETZER ochrzczony przez powstańców „Chwatem” zasilano benzyną ukrytą przez warszawskich śmieciarzy. Co ciekawe zdobyczny pojazd przetrwał wojnę, nawet przez krótki czas stanowił eksponat Muzeum Wojska Polskiego, by w 1950 rok w ramach zacierania pamięci o Powstaniu zostać zezłomowany z rozkazu Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego Ludowego Wojska Polskiego.

Ale wróćmy na chwilę do budynków przy Madalińskiego. Do dziś nad jedną z trzech bram widocznych od strony ulicy widnieje herb stolicy. Na pozór, uwieczniona w kamiennym medalionie warszawska syrenka nie różni się niczym od tej zapadłej w naszą pamięć jeszcze w szkolnych ławach. Jeśli jednak przyjrzeć jej się bliżej, dostrzeżemy, iż Zygmunt Otto, uznany rzeźbiarz rodem ze Lwowa pozwolił sobie na odrobinę fantazji. Jego syrenka, tak jak koleżanki dzierży w dłoniach miecz i tarczę, ale jej włosy nie są upięte czy fantazyjnie rozpuszczone (ta wersja herbu obowiązywała w okresie PRL-u). Ku naszemu zaskoczeniu, równo przycięte układają się na kształt fryzury określanej zwykle jako bop. Prosta grzywka ścięta do linii brwi, pozostałe włosy przycięte w równej linii nieco poniżej uszu. Typowa fryzura lat dwudziestych. Rzekłbyś, odnaleźliśmy chłopczycę wśród syreniego rodu. To znak, że Zygmunta Otto nie opuszczało poczucie humoru. To co na Wisłą zwykliśmy zwać chłopczycą, przywędrowało w owym czasie znad Sekwany jako garçonne – styl wymyślony przez Coco Chanel (przejęty ochoczo przez kultura anglosaska, w której obowiązywało pojęcie flapper). Francuska projektantka by prowokować i zakwestionować obowiązujący od lat kanon kobiecości sięgnęła po znaną od przeszło dziesięciu lat fryzurę (powiadają, że pierwsza na chłopczycę ścięła włosy w 1909 roku aktorka Ewa Lavalliere), w odniesieniu zaś do ubioru zaproponowała rozwiązania maskujące kształty przypisane kobietom z urodzenia, nadając figurze wysmukłą, chłopięcą sylwetkę. W przypadku syrenki, z oczywistych powodów mistrz dłuta był w tym względzie z góry skazany na porażkę.

Spogląda tedy na ulicę Madalińskiego syrenka – chłopczyca. Niczym z kabaretu Qui Pro Quo czy Perskie Oko. Tym samym okiem, spod ciemnej grzywki spoglądała w sierpniu 1944 na swe rówieśniczki, zgoła inaczej już uczesane. Te z kadrów obejrzanego filmu. Bo i sąsiedztwo Zakładów Oczyszczania Miasta było w tych dniach miejscem powstańczych zmagań. W pierwszej chwili, chciałem wam o nich napisać. Rozpuścić pióro, budować napięcie, epatować przymiotnikami. A potem, może właśnie pod wpływem owego filmu, pomyślałem – nie tędy droga. Sięgnąłem do zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego, do Archiwum Historii Mówionej. Odnalazłem kilka relacji, strzępy wspomnień…

Witold Trybowski ps. Wit, strzelec pułku „Baszta” tak wspominał osiemnasty dzień sierpnia i wieczorną próbę zdobycia domu „Wedla” na rogu Puławskiego i Madalińskiego:

[…] Była tam furtka, w każdym razie było przejście, tak że nie trzeba było tego muru przełazić, tylko żeśmy weszli normalnie na tyły dawnych garaży ZOM-u (Zakład Oczyszczania Miasta). Do dziś są zresztą chyba te garaże, a może już teraz coś innego. Garaże były od strony północnej zamurowane i miały tylko takie małe luksfery, [na wysokości ponad dwóch metrów]. Kiedyśmy weszli na ten teren gęsiego, pojedynczo, byłem dość blisko czołowej grupy. Koledzy z mojego plutonu nieśli jakiś ładunek wybuchowy na desce, przyrządzony zresztą przez nas, bo myśmy byli [przeszkoleni] w minerce. […] Myśmy przez furtę drewnianą weszli na ten teren i teren był chyba specjalnie zabezpieczony przez Niemców tak, że były przeciągnięte sznurki, to znaczy linki na całym terenie, na takich paru wysokościach, tak że trzeba było przez nie przekraczać. Do tych linek były poprzyczepiane jakieś różne, już nie bardzo wiem co, w każdym razie coś co hałasowało, puste butelki, plastiku wtedy nie było, w każdym razie coś takiego, co robiło hałas. Oczywiście było hasło od przodu, że uważać, że starać się nie potrącać tego. Ale cudów nie ma, żeśmy potrącali.

Dotarliśmy do końca tego garażu ZOM-u, natrafiając na mur, już wysoki z litej cegły, na wysokość taką, że trudno byłoby się na niego wspiąć bez pomocy jakichś urządzeń. W tym narożniku, do którego dotarliśmy, były jakieś ciężkie, drewniane wrota. Okazało się, że właśnie ten ładunek niesiony przez kolegów miał posłużyć prawdopodobnie do wysadzenia tych wrót. Mieliśmy wtedy od strony podwórza, do tego budynku „Wedla”, do esesmanów się dostać. Byłem w grupie czołowej, ale nie tak blisko, żebym mógł zorientować się, czy ten ładunek wybuchł przedwcześnie, czy coś spowodowało tego zapłon. W każdym razie zaczęło się piekło od wybuchu tego wielkiego ładunku, od którego zresztą zginął co najmniej jeden właśnie z kolegów, czyli nasz kapral „Andi”. Oczywiście od razu zrobił się hałas w gmachu „Wedla” i w tym garażu ZOM-u. „Alarm! Alarm!” – wołanie było i zaczęły wybuchać prawdopodobnie granatniki. Ostrzeliwali to pole, na którym się znaleźliśmy. Tak że wybuchy były jeden za drugim. Przylgnęliśmy do muru tego garażu i zaczęliśmy się powoli wycofywać w kierunku północnym. Niestety Niemcy zaczęli wybijać te luksfery. To było na wysokości takiej, że z trudem bym dosięgnął ręką tej luksfery. To znaczy można było, ale wyżsi tylko mogli. Wybijać zaczęli te luksfery i zaczęli przez te luksfery wypychać handgranaty, te tłuczki tak zwane. Oczywiście pewnie najpierw pocierali, zanim wypchnęli go do końca. Pocierali, bo to [zapalano] metodą zapalnika ciernego. To znaczy sznurek był na końcu, trzeba było ten sznurek mocno pociągnąć, wtedy granat był uzbrojony i wybuchał za chwilę. Był tak zapalnik ustawiony, że jak on pociągnął za sznurek i uruchomił zapalnik, to zdążył jeszcze rzucić tym granatem i on wtedy wybuchał po kilku sekundach. Oni te granaty wypychali i one wybuchały nam nad głowami, w najlepszym razie. Notabene jak mi dostarczono już w szpitalu wypraną z krwi moją kurtkę podgumowaną, którą miałem, to się okazało, że ona jest tak jakby ją ktoś pociął, dosłownie. Jakieś dziecko czy ktoś bawił się i pociął ją, dosłownie, całą. Z przodu była cała pocięta tymi odłamkami granatu. Dwa odłameczki to mam na pamiątkę siedzą. Na zdjęciu rentgenowskim wspaniale wychodzą.

Co było dalej? Dalej było już jasne, że zginęła czołówka, w każdym razie coś się z nimi stało, czyli ci, którzy mieli nas prowadzić dalej. Zresztą był przedwczesny wybuch tego ładunku, który miał posłużyć prawdopodobnie do wywalenia tych wrót, więc trzeba było się cofać. Oczywiście skuleni pod ścianą tych garaży żeśmy powoli wycofywali się. Ale okazało się, że Niemcy mieli przygotowane stanowisko ogniowe w postaci chyba erkaemu, nie cekaemu. Taki bunkier był na szczycie garażu od strony północnej. Ten erkaem zaczął [strzelać] ogniem ciągłym, właściwie odcinał nam odwrót. Dosłownie pruł, mieli widocznie mnóstwo amunicji. Strzelał tak, że droga była odcięta. Zaczęliśmy się wycofywać. Co robić? Któryś, nie pamiętam, bo nie ja, nie miałem gammona… Gammon to było takie urządzenie, rodzaj granatu ręcznego, który polegał na tym… To angielski był, zrzutowy. Polegał na tym, że było takie ustrojstwo w postaci jakby główki, gdzie była odkręcana, tak jak główka od jakiejś butelki, odkręcało się i tam była nawinięta tasiemka z bolcem. Jak się odkręciło tą nakrętkę i rzucało się granat, to ta tasiemka i ten bolec wypadał i ten gammon wybuchał. Po prostu zapalnik uderzeniowy był. Właśnie tym gammonem żeśmy walnęli nad dachem garażu i chyba gdzieś blisko tego bunkra, bo ten karabin maszynowy zamilkł na chwilę. Oczywiście było tak, znowu się potwierdziło, do trzech razy sztuka w moim przypadku. Pierwszy skoczył Andrzej Winogrodzki. Stałem obok niego, chciałem za nim pobiec, Ale jakiś, przepraszam, że powiem, ale drab wyższy ode mnie, mnie delikatnie mówiąc odsunął, nie powiem, że odepchnął i skoczył jako drugi. Oni dwaj, jeden skoczył, drugi skoczył, no i ja skoczyłem, to znaczy wybiegłem zza tego bunkra, tego garażu i już znalazłem się na linii ognia. W tym momencie karabin maszynowy ożył. Wprawdzie nie usłyszałem najpierw tego strzału, ale poczułem, że nie mam prawej nogi. Po prostu okazało się, że zdołałem być ranny dwukrotnie. To znaczy miałem ranę na tyle uda i drugą miałem na… pośliznął mi się na podudziu. Upadłem, miałem karabin w ręku. Karabinu nie wypuściłem z ręki, to było za cenne. Tak że upadłem w takie ścięte liście, konary, co tam było. W każdym razie upadek był miękki, bo nie przewróciłem się, tylko upadłem dosłownie. Biegłem, robiłem sus, dostałem ten postrzał i rąbnąłem jak długi. Poczułem, że… myślę sobie: „Nie mam nogi prawej”. Ale to był na szczęście chyba niedługi moment. W każdym razie potem poczułem ciepło, bo krew prawdopodobnie zaczęła płynąć. Myślę sobie: „A nie, to już lepiej”. Na szczęście miałem ten karabin i posłużył mi on jako kijek, właśnie trzymałem go w prawej ręce dość wysoko i po prostu podpierałem się tym kijkiem. Podszedłem, ale przede mną był mur z cegły na wysokość piersi, tak że nie było mowy, żeby się przez niego przetoczyć bezpośrednio. Jakoś trzymając ten karabin i tą nogę jakoś jeszcze próbując, wsadziłem zdrową nogę do otworu między cegłami, jakoś się wygramoliłem na wierzch tego murku, bo to dość szeroki ten murek był i potem zsunąłem się z niego. Podniosłem się i jakoś zacząłem kuśtykać z tym karabinem jako laską. Tyle pamiętam, że raptem chyba się zachwiałem, to znaczy mi się wydawało, że się zachwiałem i odpłynąłem, jak to się mówi, czyli straciłem przytomność. „

Rannego siedemnastolatka uratowali koledzy, w tym ledwie rok starszy kapral Aleksander Menhard ps. „Drut”, który tak wspominał walki na terenie Zakładów Oczyszczania Miasta…

„To była główna pozycja wroga na naszej linii, nowoczesny Dom Wedla na rogu Puławskiej i Madalińskiego. Zapadła decyzja, żeby zaatakować Dom Wedla. Myśmy dostali zadanie podejścia od strony warsztatów miejskich, które przylegały do Wedla. Tam były garaże, nie garaże, warsztaty. Tam myśmy się mieli podkraść do Domu Wedla i potem zaatakować. […] Pojechaliśmy, to była noc. Pustymi ulicami skradaliśmy się w kierunku Domu Wedla. Akurat był pierwszy przelot samolotów alianckich nad Warszawą. To było wzruszające, bo samolot leciał nisko tuż nad głowami. Nie wiadomo, czy zrzucał, czy się rozbił, ale taki akcent kontaktu z drugim światem, który nam przychodził na pomoc.

Myśmy pod Wedlem strasznie dostali w skórę, dlatego że zaczęliśmy się skradać w kierunku krzaków, gdzie były ciemne garaże, z drugiej strony duży Dom Wedla. Skradamy się i nagle słychać brzęczenie. Okazuje się, że Niemcy rozciągnęli druty w trawie i zawadzając o te druty, powodowaliśmy brzęczenie i to alarmowało Niemców. Tak że żeśmy wiedzieli, że już jesteśmy rozpoznani, że już wiedzą, że tu jesteśmy. Dowódcy mieli specjalnie przygotowaną dechą z materiałem wybuchowym wywalić drzwi od tyłu Wedla i wedrzeć się do środka. Był wybuch – czy oni wyważyli, czy nie wyważyli, już nie wiem. W każdym razie potem zaczęła się straszliwa strzelanina. Myśmy na dojściu do Domu Wedla dostali się w niesłychanie silny ogień ze strony Wedla i z boku, gdzie byli Niemcy. Myśmy słyszeli, że oni alarmują, że oni tam biegną po tym garażu oddzielonym od nas murem. Były tylko widoczne wąskie okna częściowo zamurowane. Stamtąd strzelali. Miałem gammona, usiłowałem go wepchnąć w tą szczelinę, ale szczelina była za wąska, tak że praktycznie już pierwsi zginęli, była straszliwa sytuacja. Myśmy z kolegami byli wzdłuż muru, po drugiej stronie muru. Myśmy leżeli po jednej stronie muru, a po drugiej stronie muru byli Niemcy i strzelali przez te… zamurowane częściowo okna. Tam były największe straty. Udało nam się wydostać, dlatego że na brzegu tych garaży było umieszczone stanowisko ckm, ciężki karabin maszynowy. On strzelał i zupełnie uniemożliwiał ucieczkę, wycofanie się. W pewnej chwil stwierdziłem, że już jesteśmy tylko my, kilka osób rannych, a reszta się wycofała, już ich nie ma. Chodziło o to, żeby unieszkodliwić karabin maszynowy. Na szczęście mi się udało zza węgła rzucić gammona w kierunku karabinu maszynowego i trafiłem. Karabin maszynowy zamilkł i nam się udało wycofać. To był moment zakończenia batalii o Wedla, która skończyła się tym, że właściwie była pełna tragedia, jeżeli chodzi o straty. Tam ponieśliśmy bardzo, bardzo duże straty.”

To tylko małe fragmenty relacji zdobytych i zachowanych przez pracowników Muzeum Powstania Warszawskiego. Ludzi pełnych pasji i pomysłów, ale co może być dla wielu zaskoczeniem traktowanych czasami nieco protekcjonalnie, czasami pobłażliwie przez kolegów pielęgnujących swe naukowe tytuły w „poważnych placówkach muzealnych”. Dzięki nim, w kamiennym spojrzeniu syrenki z frontonu „Garaży Miejskich” przy Madalińskiego odnajdujemy ślad tamtych wydarzeń. Dzięki nim w mroku kinowej sali dotykamy historii a każdy z osobna dostrzega w niej coś innego…

Ja widziałem ludzi wolnych. Chwilami szklistym wzrokiem…