; Opowieść dwudziesta pierwsza – z wizytą na Baker Street | KOMEKO

Felietony

19-05-2014 #Felietony

Opowieść dwudziesta pierwsza – z wizytą na Baker Street

Chciałoby się rzec – wyjątkowo zimny maj. Zmienna co dnia pogoda, znaczona monotonią uderzającego w parapet deszczu nie pozwala cieszyć się urokami wiosny. Chłodne wieczory zachęcają by wtulić się plecami w oparcie fotela czy kanapy i popijając ciepłą herbatę zanurzyć w lekturze. A cóż lepszego niż podróż wiedziona wyobraźnią w strony, gdzie nasi bohaterowie zmagają się z równie „uroczymi” darami aury. Dajemy się tedy uwieść słowu, niemal realnie odczuwając ów wiatr czy deszcz tnący po twarzy. W przebłysku refleksji odkrywamy, iż skryci w swych domostwach, podług śledzonych bohaterów, w gruncie rzeczy zażywamy luksusu. A potem wracamy do lektury… „Był koniec września; w okresie jesiennej równonocy wichry wiały z niezwykłą wściekłością. Przez cały dzień wył wiatr, a deszcz uderzał w okna z taką siłą, że nawet my, mieszkający w sercu Londynu, wspaniałego dzieła rąk ludzkich, byliśmy zmuszeni oderwać się od rutyny dnia codziennego i schylić czoła przed siłami natury, warczącymi na człowieka zza krat cywilizacji niczym zamknięte w klatce dzikie bestie. Wieczorem nawałnica przybrała na sile, a wiatr w kominie wył i łkał jak dziecko.” Nie potrafię powiedzieć na czym polega urok tych opowieści. Ów wiktoriański Londyn kreślony jest przecież niezbyt wyszukaną, ale uroczą, budującą unikalny klimat kreską. Z premedytacją daję się złapać na raz już wypróbowane konstrukcje stylistyczne. A może nawet ich szukam… „Na zewnętrz hulał wiatr po Baker Street, a deszcz wściekle tłukł o szyby. Siedząc w samym środku miasta, mając wokół siebie w promieniu dziesięciu mil jedynie konstrukcje wykonane ludzką ręką, dziwnie było poczuć żelazny uścisk natury i uświadomić sobie, że dla potężnych sił przyrody Londyn nie znaczy więcej niż kretowiska na polach. Podszedłem do okna i wyjrzałem na wyludnioną ulicę. Zapalone gdzieniegdzie lampy oświetlały błotnistą jezdnię i lśniący od deszczu chodnik. Jedna dorożka, jadąca od strony Oxford Street przedzierała się przez kałuże” Tak, to Arthur Conan Doyle i jego nieśmiertelny detektyw. Zapłakana deszczem i zamglona stolica Imperium. Jej salony, ale i zapomniane zaułki, portowe dzielnice. A w nich niezapomniane historie – dla czytelnika, karmionego co dnia masą współczesnych kryminałów, może nazbyt przewidywalne, może naiwne. A jednak niezapomniane, pozbawione wulgarnej dosłowności wszechobecnej u współczesnych, choćby skandynawskich autorów. (To z resztą zjawisko powszechne – współczesne kino bardzo rzadko potrafi dziś operować nastrojem, budować napięcie w sposób mogący się równać z produkcjami Alfreda Hitchcocka. Pozostaje dosłowność, często w żenującym, epatującym ujęciu…). Dlatego raz jeszcze smakuję kolejną opowieść, choć zda się już znam ją na pamięć… „Dziesięć minut później siedzieliśmy w dorożce, jadąc cichymi ulicami na dworzec Charing Cross. Wstawał blady zimowy świt, i widzieliśmy zamglone sylwetki mijających nas robotników z najwcześniejszej zmiany, zamazane i niewyraźne w opalizującej londyńskiej mgle. Milczący Holmes otulił się grubym płaszczem, a ja cieszyłem się, że mogę zrobić to samo – panował trzaskający mróz, żaden z nas natomiast nie jadł jeszcze śniadania. Dopiero gdy napiliśmy się na dworcu gorącej herbaty i zajęliśmy miejsca w pociągu do Kent, odtajaliśmy na tyle, by mój przyjaciel był w stanie mówić, a ja – słuchać.” I ja zasłuchany, podążam wyobraźnią przez owe uliczki, mijając rozliczne typy ludzkie: krzykliwych sklepikarzy, powściągliwych kamerdynerów, woźniców, ogrodników, robotników fabrycznych, nieletnich kominiarzy przeciskających się przez wąskie kominy, umorusanych chłopców na posyłki czy wreszcie przedziwną postać niepokojącą mieszkańców swym zawołaniem „Dust Ho!, Dust Ho!”. Rzekłbyś, że wołając ostrzega przechodniów przed przypadkowym kontaktem z jego zapyloną i zakurzoną sylwetką. Surdut, który wdział na grzbiet dawno zatracił za sprawą popiołu swój przypisany z urodzenia kolor. Szlachetny odcień szarości dopadł też charakterystyczne ciasne, krótkie spodnie spięte poniżej kolan, jasne niegdyś getry i owe wywinięte zawadiacko wysokie buty. Ale to co przede wszystkim przyciąga uwagę, to szczególnego kroju kapelusz. Przypomina nieco zydwestkę – nakrycie głowy chroniące marynarzy i rybaków przed porywistym wiatrem i deszczem (widać musiał szczególnie dawać się we znaki ten południowo-zachodni, stąd w języku niemieckim ów kapelusz to südwester a w angielskim sou’wester). Jak u wilków morskich, jego rondo wydłuża się z tyłu zachodząc na kark, a czasem sięgając połowy pleców. Zmyślny ten wynalazek, sprawia iż jego użytkownicy nie tylko nie wylewają za kołnierz, ale i nie zasypują go popiołem dźwigając na plecach duże, wiklinowe kosze pełne pozostałości z palenisk. Napotkany człowiek, jest bowiem przedstawicielem szczególnego zawodu. Raz na dwa tygodnie zjawia się pod drzwiami domów w wiktoriańskiej Anglii by odbierać wytworzone w nich odpady. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, iż w owym czasie to co zwykliśmy nazywać śmieciami miało skład zgoła inny od tego co sami dziś umieszczamy w workach czy pojemnikach. Jeśli sięgnąć po dane zamieszczone w 1890 roku przez Williama Johna Gordona w jego książce „How London Lives” okaże się, że przeszło w 80% składały się nań pozostałości z domowych pieców w postaci popiołu, żużla czy nie dopalonych kawałków węgla. Wielka Brytania stała wtedy węglem i nic dziwnego, że wedle innych danych w 1851 roku tylko w londyńskiej metropolii spalano rocznie 3,5 miliona ton węgla. Dawało to ponoć zawrotną jak na dzisiejsze czasy średnią 11 ton rocznie na gospodarstwo, zważmy jednak na efektywność ówczesnych pieców oraz specyficzną wyspiarską aurę. Wszechobecny kurz zakradał się tedy nie tylko do oczu, ale przede wszystkim do gardła powodując uporczywy i dokuczliwy kaszel, oraz rzecz jasna pragnienie. Nic więc dziwnego, że nasz bohater nader chętnie korzystał z udzielanych oprócz regularnej zapłaty napiwków by przepłukać gardło jęczmiennym piwem. Był to, można by rzec, szczególny rodzaj profilaktyki (doceńmy w tym miejscu oryginalność, nie sili się nasz bohater na ograną argumentację odwołującą się do zaleceń lekarza i zbawiennego wpływu piwa na pracę nerek) bo narząd ów był w jego pracy równie ważny jak silne ręce. Jako się rzekło forsował tedy co dnia swoje gardło nawołując „Kurze, pyły, popioły!” by wywabić przed dom gospodynie czy służbę odpowiedzialną za wystawienie koszy z odpadkami. Drzewiej posługiwał się specjalnym dzwonem, który nosił w dłoni by oznajmić swoje przybycie. Takim uwieczniali go rysownicy na wielu ówczesnych rycinach i litografiach. Niestety, przenikliwy odgłos dzwonu tnący ciszę poranka okazał się dla mieszkańców nazbyt uciążliwy. Przyszło tedy zdać się na siłę własnego głosu. Bohater nasz nie pracował sam. Dwukółką ciągniętą przez konia, zajeżdżał przed dom wraz ze swoim towarzyszem. Wóz miał z tyłu uczepione duże, wiklinowe kosze, do których łopatą jeden z nich ładował resztki wynoszone przez mieszkańców. Zarzuciwszy ów pełny kosz na plecy podawał go swemu koledze, który posiłkując się drabiną umieszczał zawartość w tej swoistej śmieciarce. Napełniwszy swój pojazd ruszali stępa w stronę rzeki, gdzie najczęściej lokowano miejsca segregacji („dusty yard”). Zadziwiłby was ich wygląd. Na placu przyległym do rzeki piętrzyły się szare, czarne i brunatne pryzmy śmieci. Wśród nich kręcą się samopas wiecznie głodne świnie i kury towarzysząc ludziom zatrudnionym przy segregacji. O ile odbiór odpadów to domena mężczyzn, tu dominują kobiety. Wszechobecny kurz zdobi bawełniane suknie i chusty na głowach w odcienie szarości. Pochylone nad stertami przesianego materiału, z zawiniętymi rękawami pracują niczym poszukiwacze złota z ciężkimi, żelaznymi sitami w rękach. Ich ubioru dopełnia skórzany fartuch. Metalowe sita uderzając miarowo o skórę fartucha wydają odgłos podobny do dźwięku tenorowego bębna, który miesza się z piskiem zwierząt i głosami dzieci. Bo i nie rzadko owe kobiety, pracują tu wraz ze swymi pociechami. Dzieci nie przesiewają popiołu, ale wykonują pracę równie niewdzięczną – oczyszczają wysortowane z odpadów kości czy skorupy ostryg. Nic nie może się tu zmarnować. Drobny pylisty popiół, którego jest najwięcej, wykorzystywany jest do nawożenia pól pod uprawę koniczyny. Po wymieszaniu z gliną stanowi również doskonały surowiec do produkcji cegieł, podobnie jak sortowany na oddzielnych pryzmach żużel. Niedopalone, największe kawałki węgla kierowane są do ponownego spalenia w koksownikach. Jeśli resztek jedzeniowych nie dopadną kręcące się między przesiewanymi pryzmami zwierzęta, przekompostowane posłużą za nawóz pod uprawy pszenicy i jęczmienia. Na oddzielnej pryzmie zalegają odpady mineralne – potłuczone naczynia, cegły czy wreszcie bogate w wapno muszle ostryg. Te znajdą zastosowanie w budownictwie. Wreszcie nabywców znajdzie to wszystko co dziś zwykliśmy uważać za surowce wtórne – stare cynowe garnki, szmaty które można wykorzystać do produkcji papieru, czy wreszcie kości, które posłużą do wyrobu kleju. Założeniem jest pokryć wszelkie wydatki związane z przesiewaniem odpadów ze sprzedaży odzyskanych materiałów. Stąd lokalizacja „dusty yards” nad rzekami. Przeważające w masie odpadów różnej maści popioły spławiane są stąd na barkach do Ashford, Maidston czy innych cegielni położonych w hrabstwie Kent. Historia zatacza koło a wiatr kołatający do okien wyrywa mnie z zamyślenia. W istocie wszystko już było… I owe place przesiewania – coś na kształt dzisiejszych instalacja mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów. Tyle tylko, że chcąc właściwe dać rzeczy słowo, rzeklibyśmy „manualno-biologiczne”. I zgoła zaskakująco dla nas rozwinięty recykling. Jest, o czym tu nie pisałem, i rywalizacja między przedsiębiorcami a komunalnymi brygadami śmieciarzy powoływanymi przez anglikańskie parafie. Jest wreszcie ciężka praca, którą jeśli wierzyć ówczesnym kronikom na owych placach przesiewania zmuszone były wykonywać kobiety blisko siedemdziesięcioletnie – ale w tym kontekście pomysły naszych wybrańców narodu wciąż nie przestają zadziwiać. Ale to tylko kusząca gra skojarzeń. Dziś już nikt przenikliwym dźwiękiem dzwonu czy zachrypniętym głosem nie wywoła pani Hudson, by z kamiennicy przy Baker Street 221b odebrać z jej rąk kosz pełen popiołu. Tylko język, wiecznie żywy, zostawi świadectwo. Do dziś Brytyjczycy na określenie osoby odbierającej odpady nie mówią inaczej niż „dustman”. Jeszcze w 1960 roku z sympatią przyjęli zabawną piosenkę Lonnie Donegana „My Old Man’s a Dustman” (w rzeczywistości ojcem zapomnianego u nas „króla muzyki skiffle” i najbardziej popularnego muzyka na Wyspach przed pojawieniem się the Beatles, był zawodowy skrzypek z Scottish National Orchestra) opowiadającą o życiowych perypetiach wiekowego śmieciarza. Piosenka oparta na motywie muzycznym „My Father Was a Fireman” śpiewanym przez żołnierzy w okopach I wojny światowej przez cztery tygodnie figurowała na szczycie brytyjskiej listy przebojów, przez dwa królował w Australii i Stanach Zjednoczonych. (Tu historia jeszcze raz zatacza koło i frontowa melodia, przetoczywszy się przez listy przebojów u schyłku wieku pojawi się na ulicach i w pubach Północnej Irlandii jako „My Old Man’s a Provo”.) W niej po raz ostatni, niczym z zapomnianych i pożółkłych pocztówek spogląda na nas ów człowiek ubrany w przykurzony surdut i charakterystyczny, opadający na plecy kapelusz… Na koniec wyznam wam coś w sekrecie – choćbyście dali sobie uciąć za to głowę, Sherlock Holmes nigdy nie zwrócił się do swego przyjaciela słowami „To elementarne, drogi Watsonie”. Tak jak Klos nigdy nie powiedział „Nie ze mną te numery, Bruner” a Humprey Bogart w „Casablance” – „Zagraj to jeszcze raz, Sam”…