; Opowieść dwudziesta siódma – zapomniana melodia | KOMEKO

Felietony

10-12-2014 #Felietony

Opowieść dwudziesta siódma – zapomniana melodia

Ta wyspa potrafi zaskakiwać.  W 1517 roku urzekła portugalskich żeglarzy, którzy dostrzegli ją płynąc w kierunku Japonii. W dzienniku pokładowym skreślono dwa słowa „Ilha Formosa” co znaczy piękna wyspa i odtąd często zwano ją Formozą. Słowem równie urokliwym jak ona sama. Słowem, które nawiasem mówiąc, o wiele lepiej układa się w ustach, niż wybrany w samozwańczym plebiscycie na najpiękniejszy słowo świata wyraz „yakamoz” oznaczający w mowie znad Bosforu odbicie księżyca w tafli wody.

W grudniu 1949 roku zaskoczyła Mao Zedonga przygarniając Czang Kaj-szeka, a ów odgrodzony taflą wody kpił przez ćwierć wieku z autora „czerwonej książeczki” deklarując zwierzchnictwo nad Chinami kontynentalnymi i reprezentując je na forum Narodów Zjednoczonych. Rzecz jasna do czasu, bo gdy w tle majaczy geopolityka trwałość sojuszy jest rzeczą względną.

Dość wąskie w istocie grono dyskutujące o odpadach zaskakuje Tajwan, bo o nim w istocie mowa,  sposobem ich odbioru. Od czasu gdy w marcu 1968 roku w podlondyńskim Slough skonstruowano plastikowy pojemnik na odpady wyposażony w kółka ułatwiające jego transport z posesji do śmieciarki ten obraz zdominował nasze wyobrażenie o pozbywaniu się odpadków. Kiedy więc stojąc na ulicy Tajpej widzimy podjeżdżającą śmieciarkę odruchowo szukamy wzrokiem wystawionych pojemników. Zamiast nich na chodniku tłoczy się grupa ludzi dzierżąca w dłoniach zapełnione nieczystościami worki. Oczekiwanie na przyjazd charakterystycznego samochodu umilają sobie sąsiedzką rozmową. Nie widać charakterystycznego dla innych nacji zniecierpliwienia. Przez gwar pełen spraw ważkich i ploteczek wszelkiej maści, przez oddech wielkomiejskiej ulicy przebija się charakterystyczna melodia zapowiadająca przybycie śmieciarki. Niczym dalekie echo dzwonów w dłoniach dziewiętnastowiecznych zbieraczy popiołu i odpadów po angielskich miastach i miasteczkach. Gdy samochód zaparkuje przy chodniku, zdyscyplinowani Tajwańczycy pod czujnym okiem pracowników firmy wywozowej umieszczają worki w jego przepastnym odwłoku.

Ów codzienny rytuał przestaje dziwić gdy uświadomimy sobie, że na kilometrze kwadratowym zamieszkuje tu ponad 9.600 mieszkańców. (Średnia gęstość zaludnienia polskich miast waha się między 1.500 a 3.000 osób/km2, ale światowy rekordzista miasto Dhaka w Bangladeszu musi budzić szacunek liczbą 45.000 osób/km2.) Monsunowy klimat sprawia, że średnia temperatura panująca w Tajpej oscyluje na poziomie 26°C, zaś od czerwca do września regularnie przekracza 30°C. W takich okolicznościach klasyczne pojemniki nie mogą zdać egzaminu. Odbierane choćby raz, czy dwa w tygodniu stałyby się swoistym bioreaktorem, w którym zachodziłyby przyśpieszone procesy biologiczne, nieobojętne czy to wizualnie czy zapachowo. W powszechnym użyciu są więc worki, w których mieszkańcy Tajwanu segregują odpady, dzieląc je na opakowaniowe, kuchenne i resztkowe kierowane do spalarni. W efekcie ponad 42% (dane z 2010r) odpadów poddawanych jest  recyklingowi a 2,88 mln ton rocznie odpadów procesom odzysku w 24 spalarniach zasilając system energetyczny wyspy. Wynik zawstydzający dla wielu innych krajów, zważywszy że na poważnie segregacją śmieci postanowioną się zająć na Formozie dopiero w 1998 roku.

Powiadają, że ów „workowy” system codziennego odbioru śmieci to zamysł wybranego wówczas burmistrza Tajpej Chen Shui-bian. Nieodłącznym elementem programu „Trash Never Touch”, którego założeniem jest by odpadki w żadnych okolicznościach nie lądowały na ziemi, stała się muzyka. W zasadzie i to nie powinno zaskakiwać. Współczesny człowiek odwykł od ciszy, można by rzec że się jej obawia. Muzyka towarzyszy mu w sklepach, poczekalniach, windach hotelowych, na peronach metra. Zadziwia więc nie sama jej obecność, nawet zważywszy na sytuacyjny kontekst, ale dźwięki które wyławiamy wśród gwaru ulicy. Nieco zniekształcone, tym nieznośnym pogłosem elektronicznej pozytywki, a jednak znajome… Ciepłe, lekkie, zwiewne… I jeśli dodamy do owych przymiotów słowo sentymentalne będziemy o krok od rozwiązana zagadki.

Ta melodia grana co dnia przez tajwańskie śmieciarki to „Modlitwa dziewicy” – pierwszy polski muzyczny szlagier, dziś niemal nie znany i zapomniany. Jest odkryciem także dla mnie. Przez lata powtarzałem przeczytaną gdzieś informację, iż jedyną polską kompozycją, która zdobyła popularność na całym świecie jest „Tango Milonga” autorstwa Jerzego Petersburskiego (na świecie znane pod tytułem „Oh Donna Clara”), tymczasem napisana przeszło siedemdziesiąt lat wcześniej „Modlitwa dziewicy” niepodzielnie zawładnęła salonami dziewiętnastowiecznej Europy. Jeśli nie płonię lica, to tylko dlatego że-m nie jedyny. Już w  1964 roku pisał Jerzy Waldorff:

„Mój Boże! Więc nikt już nie pamięta o zmarłej przed wiekiem i pochowanej na Powązkach Tekli Bądarzewskiej, kompozytorce „Modlitwy dziewicy”?… A przecież warta byłaby pamięci choćby dlatego, że owa modlitwa w dziejach lekkiej muzyki byłaby chyba pierwszym okazem szlagieru, który rozszedł się na cały świat i modny był przez dobrych lat dwadzieścia. Tymczasem minęło lat sto, a żaden polski szlagier nie uzyskał choćby przybliżonej popularności.”

Ów krytyk muzyczny i założyciel Społecznego Komitetu Opieki na rzecz Ochrony Starych Powązek znał doskonale kamienny grobowiec stojący w kwaterze 181 cmentarza powązkowskiego. Spoglądając na kamienną figurę stojącą na płycie wierzchniej grobowca rodziny Bądarzewskiej  znów ciśnienie się na usta wyraz – sentymentalna. Kobieca postać ubrana w zwiewny starogrecki chiton wspiera się w charakterystycznej pozie na pniu ściętego drzewa. U jej stóp zdobna wawrzynem lira, w lewej dłoni rozwijający się rulon z napisem „La prière d’une vierge”. Jako że do dziś nie zachowała się żadna fotografia Tekli Baranowskiej-Bądarzewskiej, pozostajemy z pytaniem – ona li to zaklęta w kamieniu, zamyślona, z włosem na modłę grecką upiętym czy też jedna z zastępu muz, Polihymnią zwana?

„La prière d’une vierge”, „Maiden’s Prayer”, “Das Gebet Einer Jungfrau” – “Modlitwa dziewicy” począwszy od publikacji w 1856 roku przekraczała kolejne granice niezmiennie ciesząc się dużą popularnością. Zapewne ku uciesze, ale i zaskoczeniu młodziutkiej autorki, która ową miniaturę wydała w Warszawie własnym sumptem. Fortepian był w owych czasach bardzo popularnym instrumentem i jednocześnie meblem salonowym. W samej Warszawie można by zliczyć przeszło 50 jego wytwórców, by wymienić tylko Karola Lechmana, Antoniego Leszczyńskiego, Feliksa Nowickiego czy Wilhelma Troschela. Był nadto fortepian nieodzownym elementem kształcenia i wychowania młodych panien, a także salonowych wieczorków spędzanych przy poezji i muzyce. Nic więc dziwnego, że zasłyszana jednego wieczoru melodia skłaniała by wydać czterdzieści pięć kopiejek na  nuty i samemu przebiegać palcami klawiaturę.

Niebawem „Modlitwa dziewicy” musiała zawitać do Prus i zdobyć tam  niemałą popularność, skoro w ciągu trzech kolejnych lat ukazały się tam cztery wydania zapisów nutowych. Wspomina o tym zapowiedź wydrukowana 26 września 1858 roku we francuskim magazynie „Revue et Gazette Musicale de Paris”:

„W tym numerze prezentujemy czytelnikom „Modlitwę dziewicy”. Utwór odznacza się ujmującą harmonią. 4 jego edycje zostały wcześniej wydane w Niemczech, gdzie były wykonywane i odniosły sukces.

„Modlitwa dziewicy”- to najpiękniejszy tytuł, jaki można dać kompozycji wyrażającej się poprzez harmonię akordów, utkaną niebiańskimi akcentami i muzykalnymi szmerami. Każdemu kto przeczyta tytuł wydaje się, że będzie to utwór wyrażający pobożne oczekiwanie dusz młodych dziewcząt i ich czystą ufność w to, że aniołowie, którzy się nimi opiekują poprowadzą je do Boga. Tymczasem pianiści i kompozytorzy najczęściej nie nadają tytułów uzasadniających istotę utworu. Zamiast ekstazy i zachwytu religią odnajdujemy piękno melodii wyrażone w kilku oktawach, jasną, przejrzystą kompozycję i łagodne palcowanie. Harmonia utworu jest skromna, ale wdzięczna, obejmuje zalotne żarciki, odznacza się melodyjną elegancją błyskotliwego trylu, który pozwala młodym artystom w łatwy sposób rozwinąć lekkość i precyzję wykonania tego krótkiego, niezbyt trudnego utworu. Utwór jest powściągliwy i umiarkowany w formie. Jako taki nie wymaga dużego wysiłku intelektualnego. Pozwala odczuć powiew łaski Bożej dotykając jednocześnie głębi uczuć ludzkich.”

 

Francuska edycja nut Tekli Bądarzewskiej nadała impetu niewątpliwej karierze utworu. W 1880 roku melodia zawędrowała do dalekiej Japonii, gdzie do dziś stanowi podstawę edukacji muzycznej. Niebawem „Modlitwa dziewicy” zawojowało Stany Zjednoczone. Z salonów wielkich miast Wschodniego Wybrzeża poczęła migrować w stronę Wielkich Równin i niepostrzeżenie poczęła się wpisywać w poczet standardów muzyki country. Fortepian zastąpiły skrzypce czy gitara stalowa, co potwierdzałoby współczesną opinię Marii Pomianowskiej o niezwykłym potencjale instrumentalnym motywu Bądarzewskiej.  W 1941 roku melodię okraszono tekstem za sprawą gwiazdy muzyki country Boba Willsa:

“When the evening falls twilight shadows find

There beneath the stars an Indian maiden divine

The moon is on high and seems to see her there

In her eyes there’s a light shining ever so bright

As she whispers a silent prayer

Every word reveals an empty broken heart

Broken by fate that’s keepin’ them so far apart

Lonely there she kneels and tells the stars above

In her arms he belongs and her prayer is a song

Her undying song of love

Every word reveals an empty broken heart…”

 

Tekstem, przyznajmy nazbyt ckliwym, gdzie wieczór i gwiazdy przeplatają się z księżycem, spojrzeniem dziewicy i złamanym sercem.

Sentymentalny charakter kompozycji Tekli Bądarzewskiej bywał zresztą często podnoszony przez jej oponentów.  A tych przecież nie brakowało. Urodzona w prowincjonalnej Mławie dziewczyna, córka komisarza policji z warszawskich Nalewek, muzyczna amatorka, nie mogła znaleźć uznania w oczach zawodowych muzyków i grona oświeconych krytyków. Podnoszono nadmierną prostotę kompozycji, jej banalność, egzaltację czy przesłodzoną czułostkowość. Owe krzywdzące i niesprawiedliwe opinie wędrowały utartym szlakiem zasłyszeń, powtórzeń i arbitralnych sądów. Czasem zgoła zjadliwych i niesmacznych jak zapis w drugim wydaniu leksykonu muzycznego Mendel-Reissmanna z 1881 roku gdzie określono Bądarzewską jako naturalistkę próbującą swych sił na polu kompozycji, która nie zdołała stworzyć niczego co by wyszło poza „ramy płytkiej amatorszczyzny”. Wedle autorów jedynie przypadkowi i szczęściu miała zawdzięczać popularność swych utworów a w szczególności „Modlitwy dziewicy”, zaś przedwczesna śmierć w 1862 roku „przeszkodziła jej w zalewaniu świata dalszymi, demoralizującymi produktami tej pseudomuzy”.

Zdarzała się i bardziej finezyjna krytyka, która w istocie potwierdzała niebywałą popularność „Modlitwy dziewicy”. W dramacie „Trzy siostry” Antoniego Czechowa, jedna z tytułowych bohaterek cieszy się na swój wyjazd, gdyż nie będzie zmuszona więcej słuchać tej melodii. Podobnie w „Rozkwicie i upadku miasta Mahagonny” Kurta Weilla i Bertolda Brechta utwór Tekli Bądarzewskiej przedstawiony jest jako wart pogardy z racji powszechnego poklasku. I rzeczywiście, jakby na przekór owym utyskiwaniom, w wersji oryginalnej na dwie ręce zapis nutowy „Modlitwy dziewicy” wydano drukiem w 114 edycjach na całym świecie. Do tego należało by doliczyć 19 edycji fortepianowych na cztery ręce  oraz liczne notacje na inne instrumenty. Łączny nakład przekroczył milion egzemplarzy.

Ale z czasem przyszło zapomnienie. O ironio, tu nad Wisłą, bo na świecie z inicjatywy Międzynarodowej Unii Astronomicznej nazwiskiem polskiej kompozytorki nazwano nawet jeden z kraterów na Wenus. Choć może właśnie tu nie powinno ono dziwić? Potrzeba było impulsu z dalekiej Japonii by przypomnieć nam o „Modlitwie dziewicy”, o Tekli Bądarzewskiej. Tam w 2007 roku nagrano pierwszą w historii płytę z nagraniami artystki. Tam mieszka Yukihisa Miyayama, który dwadzieścia lat życia poświęcił na odnajdywanie zapomnianych kompozycji Tekli Bądarzewskiej. A wszystko za sprawą jego mamy Toki Miyayama, która  jeszcze jako dziewięcioletnia dziewczynka po raz pierwszy usłyszała „Modlitwę dziewicy” i zapragnęła nauczyć się ją grać na pianinie. Niestety, jej rodziców nie stać było na zakup instrumentu. Tym sposobem i umiejętność grania na pianinie i  „Modlitwa dziewicy” pozostały w sferze niespełnionych marzeń, które próbowała przenieść na swego syna. Mały Yukihisia jak wiele dzieci nie dzielił fascynacji muzycznych swej mamy przedkładając nad naukę gry inne zajęcia i zabawy. Żałował tego po latach, zwłaszcza owego majowego dnia w 2009 roku gdy siedział u szpitalnego łóżka swojej mamy, a przez okno dobiegały dźwięki zapomnianej melodii. Widać, również w Japonii śmieciarki w ten sposób obwieszczają swe przybycie. Nazajutrz pani Toki Miyayama odeszła, a jej syn utwierdził się w przeświadczeniu, że jest jej coś winien.

Traf chciał, że zafascynowany Teklą Bądarzewską Yukihisa Miyayama spotkał mieszkającą od kilkunastu lat w Japonii Polkę Dorotę Halasy. Absolwentka japonistyki, pisarka  i dziennikarka była zaskoczona jego opowieścią. Nie znała zapomnianej kompozytorki a dźwięki „Modlitwy dziewicy” kojarzyła jedynie z melodią słyszaną w pociągu szybkiej kolei Shinkansen. A jednak to spotkanie stało się zaczynem dla mozolnego odzyskiwania Tekli Bądarzewskiej dla rodzimej publiczności. W 2009 roku reportaż Doroty Halasy i Katarzyny Michalak wyprodukowany przez Polskie Radio Lublin „Modlitwa zapomnianej” został nagrodzony „radiowym Oscarem” tj. nagrodą Prix Italia. W 2010 roku za sprawą Towarzystwa Przyjaciół Warszawy zawiązał się Komitet Przywracania Pamięci Tekli Bądarzewskiej. W 2012 roku ukazała się pierwsza biografia artystki „Tekla z Bądarzewskich Baranowska. Autorka nieśmiertelnej La prière d’une vierge. Miejsca, czas i ludzie” autorstwa Beaty Michalec. Osiem miesięcy wcześniej w odtwarzaczach mogła zagościć pierwsza polska płyta z odnalezionymi po latach kompozycjami Tekli. Za tytułem „Tekla Bądarzewska. Zapomniany dźwięk” kryje się dziewiętnaście melodii w zajmujących, zachwycających bogactwem instrumentów interpretacjach Marii Pomianowskiej. I tu u kresu tej opowieści kolejne zaskoczenie – na okładce płyty Maria Pomianowska trzyma egzotyczny na pozór instrument strunowy wykorzystany na płycie. Pudło żłobione z jednego kawałka drewna czereśniowego. Krótka acz szeroka szyja zakończona ozdobnie żłobioną rozetą po której biegną struny. To suka biłgorajska staropolski instrument o losach zda się podobnych do „Modlitwy dziewicy”. Zaginiony, zapomniany, rekonstruowany na podstawie akwareli Wojciecha Gersona, przywracany do życia za sprawą zachowanej do dziś w dalekiej Azji a zapomnianej w Polsce paznokciowej techniki gry, gdzie struny trącane smykiem skraca się nie przez docisk z góry lecz przez boczny dotyk paznokciem.