; Opowieść dwudziesta szósta – jaka szkoda, że Państwo tego nie widzą | KOMEKO

Felietony

30-11-2014 #Felietony

Opowieść dwudziesta szósta – jaka szkoda, że Państwo tego nie widzą

Ach jaka szkoda, że Państwo tego nie widzą! A może, jak chcą inni – „żeby to Państwo mogli zobaczyć!”? Owe słowa skrzydlate, powite w komentatorskim zapale przez Wojciecha Trojanowskiego zapadły w pamięć i po dziś dzień powtarzane są po wielokroć. Mało kto pamięta w jakich padły okolicznościach, a obrastając legendą pomnażają swój życiorys, tak iż dojść prawdy nie sposób. Kolega Trojanowskiego z czasów pracy w Radiu Wolna Europa, Zygmunt Jabłoński twierdził, iż legendarny komentator sportowy wypowiedział je relacjonując zawody lekkoatletyczne z udziałem polskiej czternastokrotnej rekordzistki świata, mistrzyni olimpijskiej z Los Angeles w sprincie – Stanisławy Walasiewiczówny. We wspomnieniach Jabłońskiego, owo zawołanie przyjmuje formę smakowitej anegdoty, gdy na falach eteru niesie się nieśpiesznym głosem Trojanowskiego: „Proszę Państwa, na starcie stoją już zawodniczki, na torze czwartym nasza Walasiewiczówna, która właśnie teraz zdejmuje spodnie. Żeby to Państwo mogli zobaczyć!”.

Ale któż zaręczy, czy w istocie owe słowa padły w takich okolicznościach? Pamięć bywa zawodna a do dziś nie ukazały się drukiem wspomnienia Wojciecha Trojanowskiego. Po jego śmierci w 1988 roku, fragmenty pojawiały się w odcinkach na łamach „Przeglądu Sportowego” pod wiele mówiącym tytułem „Od Konopackiej do Szewińskiej” i właśnie tam poznałem owo nazwisko pozostające do dziś legendą polskiego radia, polskiego dziennikarstwa sportowego. Przeglądam tedy przez lata przechowywane prasowe wycinki. Szukam owego, znaczącego fragmentu i nie odnajduje, bo i nie wszystkie odcinki przepysznych opowieści udało mi się skompletować. Ale i to co pozostało utwierdza mnie w przekonaniu, że z pasją, zajmująco można opowiadać o wszystkim i może mieć to znamiona najwyższego kunsztu. Cała rzecz w tym by lubić swoich bohaterów, a Trojanowski co podkreślają ówcześni sportowcy, sprzyjał zawodnikom. Niespiesznie acz emocjonalnie malował przed słuchaczami Polskiego Radia, a potem Radia Wolna Europa to czego wzrokiem doświadczyć nie mogli. Może to efekt lat spędzonych na boisku? Nim sięgnął po mikrofon, był Wojciech Trojanowski uznanym lekkoatletą, jedenastokrotnym rekordzistą kraju, pięciokrotnym mistrzem Polski w biegu na 110m przez płotki, olimpijczykiem na tym dystansie z Amsterdamu.  A może to wpływ ojca, profesora Edwarda Trojanowskiego, malarza pejzażysty, nagradzanego projektanta sztuki użytkowej, który – wybaczcie małą, lubelską dygresję – w roku 1919 i 1923 prowadził renowację średniowiecznych polichromii w Kaplicy Trójcy Świętej na lubelskim zamku? Może stąd owa umiejętność obrazowania, przekazywania emocji, za którą kibice zwykli cenić najlepszych sprawozdawców. Ta, która sprawia, że wybaczają im językowe, czy merytoryczne potknięcie i cenią ich wyżej od ułożonych, w statystykę zamożnych kolegów. Wojciech Trojanowski otwiera tę niezwykłą sztafetę pokoleń. Postępują za nim zawsze elegancki Bohdan Tomaszewski, świętej pamięci Jan Ciszewski, jest Dariusz Szpakowski (ów swego czasu zatracił się do tego stopnia, iż powitał telewidzów ze stadionu Wembley jako Dariusz Ciszewski), Włodzimierz Szaranowicz czy wreszcie kultywujący słowem tradycję baroku, by nie rzec rokoko – Marcin Zimoch. Ale pierwszy był on:

„Otóż którejś niedzieli stoję przy mikrofonie na trybunach Dynasów. Ostatni etap wyścigu Berlin – Warszawa. Niemcy prowadzą zdecydowanie, ale nadzieja nie gaśnie, bo na złych podwarszawskich drogach nasi „majdaniarze” (rozwoziciele gazet, spośród których rekrutowało się  wielu czołowych szosowców) przywykli do kocich łbów – mogą mieć przewagę.

Rekordowy tłum w skupieniu słucha meldunków z trasy. Tuż pod Warszawą nasz majdaniarz o nazwisku Kiełbasa ucieka Niemcom i zdobywa dość dużą przewagę. Podniecenie, emocja, przez głośniki płyną dźwięki „hymnu Dynasów”, a tłum wielotysięcznym chórem podchwytuje słowa „Bar-ba-ro! Mój cudny śnie!”

Potem przez dłuższą chwilę meldunków nie ma – gonią się po ulicach Woli i Starego Miasta. Wreszcie z dala nadchodzą słabe odgłosy krzyków – ledwie dosłyszalne, ale dla wprawnego ucha wymowne. To okrzyki radości, to ciągle prowadzi Kiełbasa!

Te okrzyki dochodzą coraz to głośniejszą falą , ale już koło Zamku zmieniają się  w wysoki, nerwowy skowyt. Znowu wiem, co to znaczy – Niemcy siedzą Polakowi, na piętach, tłum podnieca go do ucieczki. Coraz bardziej namiętne wrzaski i wreszcie przez bramę od Drewnianej wpada…Kiełbasa! Ryk triumfu, ale… tuż za Polakiem o metrów może 20 – Niemiec…

Muszą przejechać jeszcze półtora okrążenia po torze. Polak do tego nienawykły, jedzie samym dołem, tuż przy trawie boiska. Doświadczony Niemiec wyjeżdża pod samą górę, pod samą balustradę i traci na tym manewrze parę metrów, ale zaraz potem spada w dół jak jastrząb i odrabia różnicę gwałtownie. Zbiorowy okrzyk, jak grom, zagłusza moje słowa. U-CIE-KAJ! UCIEKAJ! UCIEKAJ!

Wreszcie ostatnia prosta – Kiełbasa jeszcze o 5 metrów z przodu. Później o 3, później o 1 metr… A ja to wszystko w dzikim podnieceniu ubieram w słowa… Jeszcze tuż przed metą Polak jako pierwszy, ale teraz Niemiec rzuca całą maszynę przed siebie i… wygrywa o pół koła! Ryk tłumu zamiera, a z moich ust wyrywają się nieopatrznie słowa – „Psiakrew – Niemiec!”

Dostało mi się za to. Reportażu słuchało masę ludzi i owszem bardzo go chwalili, ale – to zakończenie! Jedni mówili, że to szowinizm, inni pisali (i słusznie), że to bardzo nie sportowo. Miałem wielkie szczęście, że w mojej obronie wystąpił Kazimierz Wierzyński, który w gazecie napisał coś w tym rodzaju: „Trojanowski maluje obraz wydarzeń, przekazując uczucia tłumu, wybuchy radości i jęk zawodu. Przecież po dramatycznym zakończeniu wyścigu z setek piersi wyrwały się słowa na pewno dużo paskudniejsze…”.

Ładnie to napisał, a sprawa rychło została zapomniana. W głębi duszy uważam, jednak, że pan Kazimierz nie miał racji…”

To tylko fragment niezwykle interesujących wspomnień, człowieka którego dar opowiadania niósł innym radość czy pociechę, jak wtedy gdy w obozie jenieckim wypełniał kolegom długie obozowe wieczory opowieściami o warszawskim tramwajarzu – Józefie Nojim, o jego największym rywalu Januszu Kusocińskim, czy pierwszym złotym medalu olimpijskim Haliny Konopackiej. Ożywiał, ów ledwie przed chwilką spopielony świat, w którym poeci zwykli pisać o sporcie a mistrzowi olimpijscy układać wiersze (Halina Konopacka publikowała swe utwory w „Wiadomościach Literackich” i „Skamandrze”). To również wspomnienie o człowieku, który gdy trzeba było ów dar opowiadania okiełznać potrafił. Na nic więc się zdały w czasach pracy w Radiu Wolna Europa gry operacyjne prowadzone w latach 1954-61 prowadzone przez Departament I i III Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego, w ramach których planowano m.in. uprowadzenie Trojanowskiego podczas pobytu na bokserskich Mistrzostwach Europy w Berlinie Zachodnim. W marcu 1961 roku niejaki porucznik Marian Krzemiński zaniechując rozpracowania pisał: „figurant pracuje w RWE jedynie jako sprawozdawca sportowy. Na propozycję […] z nasze strony odnośnie powrotu do kraju lub ewentualnego utrzymywania z nim kontaktu nie zgodził się kategorycznie”. Zaniechanie rozpracowania nie oznaczało jednak puszczenie „przewin wroga Polski ludowej” w niepamięć. W 1986 roku, na dwa lata przed śmiercią Wojciecha Trojanowskiego, na łamach tygodnika „Za wolność  i lud” – organu ZBOWiD, pojawił się kłamliwy artykuł Stanisława Krawczyka „Kto był skuty z generałem Grotem”, w którym autor oskarżał go o wydanie gestapo przywódcy Armii Krajowej. Szkalujący wizerunek Trojanowskiego paszkwil ukazał się mimo, powszechnej wiedzy o tym, iż w tym czasie przebywał w obozie jenieckim w Woldenberg. Co więcej, wiedziano, iż za wydaniem „Grota” stał m.in. Ludwik Kalkstein, późniejszy współpracownik Służby Bezpieczeństwa donoszący z Monachium na… polskich pracowników Radia Wolna Europa. Ów, jak na ironię, splamił nazwisko rodu, który wydał Krystiana Ludwika Kalksteina-Stolińskiego, pułkownika wojsk koronnych, przywódcę opozycji antyelektorskiej w Prusach Książęcych. Śmiały pułkownik swą wierność Rzeczypospolitej przepłacił życiem – porwany przez ludzi elektora brandenburskiego, torturowany nie wydał nikogo i został stracony Kłajpedzie w 1672 roku. Zgoła inaczej niż jego skłonny do zdrady potomek i zgoła inaczej niż ocalony z opresji, serialowy Krzysztof Dowgird – którego losy w filmowym scenariuszu ponoć sam ów potomek nakreślił.

I tak oto znów dałem się porwać przez niekończący się korowód skojarzeń. A przecież nie bez powodu, rozpocząłem tę opowieść od cytatu z Wojciecha Trojanowskiego. Nie bez powodu miałem zamiar za nim powtórzyć – jaka szkoda, że Państwo tego nie widzą. Zwykłem rozprawiać w tym miejscu o rzeczach, które dawno przepadły w otchłani pamięci a na dodatek nigdy nie darzonych estymą. Układam więc swe historię niczym rozsypane puzzle, szukam okruchów wspomnień, relacji spisanych na marginesach podręcznikowej historii. Czasami natrafię na jakieś opracowanie, artykuł. Wszystko to słowa. Słów bogactwo, ale i słów ułomność. A strawa dla oczu?

Ikonografia zachowująca dla potomnych wspomnienie o ludziach zmagających się z odpadami jest bardzo uboga. Pisząc o postaci brytyjskiego „dustmana” odnalazłem kilka anonimowych grafik i akwareli tworzonych w popularnych swego czasu cyklach typów ludzkich budzących ciekawość widzów przez swą różnorodność i egzotykę. Sięgnął po ów motyw m.in. dziewiętnastowieczny grafik, ilustrator, autor przeszło sześciuset niezwykłej urody opraw książek  John Leighton (1822 – 1912), umieszczając w opublikowanym w 1852 roku cyklu „London Cries & Public Edifices” ową zakapturzoną, dzierżącą w dłoni dzwon postać z konnym wozem na tle kamiennej fasady bramy św. Jana w dzielnicy Clerkenwell. Grafika Leightona ma niewątpliwie wartość dokumentalną, ale pozwala sądzić, iż autor pokłady swego talentu złożył raczej na ołtarzu sztuki introligatorskiej. W podobny sposób, podczas charakterystycznego nawoływania ukazał naszego bohatera współpracujący na co dzień z „Ilustrated London News” Horacy William Petherick (1839-1919). Zdobny w barwy wizerunek londyńskiego śmieciarza uwiecznił również William Heath (1794-1840) znany przede wszystkim z licznych grafik i karykatur o tematyce społecznej i politycznej. Ręcznie malowana akwaforta z 1829 roku ukazuję mężczyznę z nieodłącznym dzwonem, miotłą i szuflą do ładowania popiołu. Trzymana w zębach fajka miała w intencji autora nadać postaci rys nieco zawadiacki, tak by obraz współgrał z zapisaną w lewym górnym rogu grafiki deklaracją, iż ma on w parafii całą brudną robotę do wykonania.

Autorstwa najbardziej znanych wizerunki londyńskich śmieciarzy nie udało mi się ustalić. Pochodzą one z rycin ilustrujących książkę Henryego Mayhow „London Labour and London Poor” wydanej w 1865 roku. Realizm przedstawionych typów ludzkich uzyskano kreśląc je na podstawie dagerotypów Richarda Bearda (1801-1855). Jeden z pionierów brytyjskiej fotografii towarzyszył autorowi w wędrówce ulicami wiktoriańskiego Londynu fotografując jego rozmówców. Powstało dzieło monumentalne, dokumentujące w pięciu tomach Londyn, którego już nie ma, życie ulicy, przedmieść, zawody o których nikt już nie pamięta. Niestety oryginały dagerotypów Bearda nie przetrwały do naszych czasów. Więcej szczęścia miały fotografie Johna Thompsona (1837-1921), w tym ta najbardziej nas interesująca, zatytułowana „Flaying Dustmen”. Przyprószona popiołem dwukółka, koń i dwóch zmęczonych bohaterów londyńskiej ulicy. To fragment realizowanego  w latach 1876-1877 projektu, który dziś może uchodzić za pionierski na polu społecznego reportażu. Jego następców spotkać możemy u schyłku XIX stulecia na drugim krańcu kontynentu – w 1897 roku rosyjski fotograf Maksym Pietrowicz Dimitriew (1858 – 1948) uwiecznił na zdjęciu postać „мусорщикa” w charakterystycznej, okrągłej czapce, z workiem na śmieci przewieszonym przez prawe ramię. Po 1860 roku serie portretów rosyjskiej ulicy tworzyło dwóch napływowych amatorów fotografii – Szkot William Carrick (1827 – 1878) i niejaki J. Monstein, o którym wyznam ze wstydem niewiele odnalazłem wiadomości. Wśród przepysznych typów ludzkich pozujących, czasem nieco teatralnie, w fotograficznym atelier odnajdziemy i śmieciarza. Oddaje w nim Monstein stereotypowy obraz Rosjanina, o charakterystycznie równo przyciętych włosach, nieco demonicznych wąsach i  bródce. Ubrany w ochronny fartuch „мусорщик” nagarnia haczykowatym kosturem śmiecie do brudnego płóciennego worka.

Porzućmy jednak pionierów współczesnej fotografii (bo zdjęć nas interesujących, zwłaszcza z lat trzydziestych XX stulecie i późniejszych jest już więcej) na rzecz malarstwa. Na początek rysunek ledwie dziesięcioletniego Edwina Ladseera opatrzony tytułem „Pies śmieciarza”. Może nie najurodziwszy, ale zapewne wierny piesek zaległ zmęczony u dzwonka, którym jego pan zwykł ogłaszać mieszkańcom swe przybycie. Urodzony w rodzinie słynnego w Europie rytownika Johna Landseera mały Edwin (1802 – 1873) był uważany za cudowne dziecko, które czarowało swym talentem wystawiając swe pracy w Królewskiej Akademii Sztuki na Piccadilly w Londynie już w wieku lat trzynastu. Z wiekiem stał się ulubionym malarzem królowej Wiktorii specjalizującym się w realistycznych wizerunkach zwierząt – co zwiastował przywołany tu rysunek i scenach polowań. Śladem królowej jego obrazy zawędrowały do domostw angielskiej klasy średniej, gdzie powszechnie wieszano ich reprodukcje. Kto wie czy nie większą jeszcze sławę przyniosły mu rzeźby czterech lwów stojące u cokołu kolumny Nelsona w Trafalgar Square w Londynie.

W poszukiwaniu śladów pracy ludzi odbierających odpady raz jeszcze zbłądzimy na londyńską ulicę. Tym razem cofamy się do pierwszej połowy osiemnastego wieku. Przed nami scena rodzajowa o intrygującym tytule „Rozwścieczony muzyk”. Obraz olejny pędzla Williama Hogharta (1697 – 1764) (oparty na jego własnej rycinie z 1741 roku o tym samym tytule) ukazuje skrzypka wychylającego się przez okno, gdzie odnajduje powód swojej irytacji. Odgłosy napływające z ulicy zmusiły go do przerwania ćwiczeń. Swój instrument oparł o okiennice, w sugestywnym geście dłońmi zatyka uszy i apeluje o ciszę. Daremnie. U okna muzyka matka swym śpiewem próbuje ukoić płacz dziecięcia. Opodal swe przybycie potrząsając dzwonem wieści śmieciarz, dźwigający na plecach duży pleciony kosz to zbiórki popiołu. Głos dzwonu  przeplata się  z turkotem werbla maszerującego dobosza i przenikliwym jazgotem ostrzonych w podwórzu przez rzemieślnika noży. Kakofonię dźwięków potęgują dzwony z kościoła świętego Marcina.

Anegdotyczna fabuła przedstawionej scenki współgra z głównym nurtem twórczości Hogharta. Potomni zapamiętali go za sprawą kreślonych charakterystyczną kreską satyrycznych rysunków, w których z oświeceniowym zapałem piętnował swych błądzących po manowcach bohaterów. Krytycy wskazują zaś na wpływ jaki wywarł ów nadworny malarz króla Jerzego II  swą twórczością na tej klasy malarzy co Jacques David i Francisco Goya.

O ile dotychczas przytaczane tu nazwiska malarzy i rysowników mogą niewiele mówić czytającym niniejszą opowieść (choć Hoghart w popularnych opracowaniach wymieniany jest jako pierwszy z wielkich malarzy Wysp Brytyjskich), kolejne – Edouarda Maneta (1832 – 1883) winno wzbudzić pewne skojarzenia. Wielu wymieni go jako prekursora impresjonizmu, inni odnajdą w zakamarkach pamięci jego „Śniadania na trawie” szokujące widza zestawieniem nagiej modelki i dwóch ubranych mężczyzn spożywających ów posiłek w plenerze paryskiego parku. Sam Manet miał mawiać, iż ważniejsze od opowiadanej fabuły, jest w tym obrazie światło, kontrasty plam barwnych uzyskane z zestawienia jasnej postaci kobiety i jej ubranych na ciemno towarzyszy. Zwykł bowiem często posługiwać się śmiałymi barwami dla wydobycia ostrych kontrastów powstających w słonecznym świetle. Jednocześnie porzucił praktykę mieszania farb na palecie i gładkiego wykańczania powierzchni obrazu, co wywołuje w pewnych partiach wrażenia matowości, zagubienia głębi. Kierunek jego artystycznych poszukiwań pogłębią młodsi koledzy z Claude Monetem na czele dając początek nowemu kierunkowi w malarstwie – impresjonizmowi. Sam Manet stojąc na granicy dwóch malarskich światów był raczej realistą sięgającym po tematy związane z życiem codziennym paryskiej ulicy. Nie dziwi więc, iż w 1869 roku sportretował gałganiarza skupującego stare szmaty z domostw francuskiej stolicy. Przytaczałem już kiedyś wiersz „Wino gałganiarza” Charles’a Baudeleir’a, przyjaciela Maneta, który w eseju „Malarz współczesnego życia” namawiał ludzi pędzla by zajęli się wielkim spektaklem życia w nowoczesnym mieście. Czyż ów „Gałganiarz” Maneta, to nie ten z wiersza Baudeleir’a. Czyż to nie jemu podobni ?

„[…] ludzie, dręczeni swą nędzą domową,
Strawieni pracą, z wiekiem ubieloną głową,
Pod więzią różnych szczątków chylący kark zgięty,
Te wielkiego Paryża wyrzuty i męty ”

 

Wsparty kosturem, pochylony pod ciężarem swych lat i doświadczeń, przez plecy ma przewieszony jeszcze pusty worek. Zbielała broda współgra z jasną plamą ubrudzonej koszuli, ta zaś wspaniale kontrastuje z błękitem przetartych spodni.

Nie tylko Manet odpowiadając na apel awangardowego poety sięgnął po motyw paryskiego zbieracza szmat. Pięć lat wcześniej uczynił to Wasilij Pierow (1834 – 1882), rosyjski realista podróżujący w latach sześćdziesiątych XIX stulecia po Niemczech i Francji. Jego „Paryski gałganiarz” przysiadł na kamieniu pod drzewem, wsparł nogę na pustym koszu i odpoczywa. Może to złudzenie, ale w jego rysach odnajduję postać z obrazu Maneta. Ten sam długi, prosty nos. Ta sama, choć nieco krótsza i nie do końca zbielała broda, ale zważmy że bohater Pierowa jest o pięć lat młodszy. Spod szaro-niebieskawej opończy wyziera biała koszula a i nakrycie głowy na obu obrazach, choć nie identyczne wykazuje pewne podobieństwo. Może to złudzenie, a może…

Inny zbieracz szmat, sądząc z wyglądu żołnierz, weteran spotkany w 1859 roku przy Fontaine des Innocents zainspirował malarza zza oceanu – Thomasa Wooda (1823 – 1903). To ujęcie najbliższe klasycznemu stylowi ówczesnych realistów i co ciekawe jedyne na którym widać, iż bohater dnia swego nie poczyta sobie za stracony. Olbrzymi kosz na plecach kipi od znalezisk, do ziemi przygina umorusaną postać.

A co z polskim malarstwem i grafiką? Na początek przejrzałem dorobek polskich ilustratorów bijących na głowę kunsztem swych zagranicznych kolegów. Niestety wśród prac Franciszka Kostrzewskiego, Michała Andriollego czy Ksawerego Pillati nie odnalazłem interesujących nas motywów, choć każdy z nich portretował życie ulicy. Nie wiele więcej śladów odnalazłem na polu rodzimego malarstwa.

W katalogu prac zaginionych w wojennej zawierusze pod numerem 3136 widnieje obraz olejny Wacława Koniuszki (1854 – 1900) zatytułowany śmieciarz. Niestety podziwiać ów obraz możemy dziś tylko z zachowanej czarno-białej reprodukcji, na które widać bosego chłopca stojącego pod obdrapanym murem . Wygląda znajomo. Na głowie kapelusz, na plecach pleciony kosz na odpadki, pod pachą zatknięty kijek do przebierania śmieci. Aż chciałoby się zapytać, czy śmieciarze i gałganiarze, nad Sekwaną i nad Wisłą wyglądali jednako? Jeśli tak, to zapewne fragment krakowskiej ulicy. Koniuszko, uczeń Jana Matejki zwykł malować sceny rodzajowe z życia mieszczan krakowskich i kazimierskich Żydów. A może to echo pobytu w Monachium, gdzie Koniuszko doskonalił swój warsztat?

Podobnych wątpliwości nie mamy w przypadku obrazu „Śmieciarze” Wlastimila Hofmana ( 1887 – 1970) z roku 1928. Trzej mężczyźnie na tle zaśnieżonej wioski to, jeśli sądzić po ubiorze, typy na wskroś rodzime, włościańskie. To znacząca odmiana w stosunku do uprzednio prezentowanych prac. Same postacie jaki i otoczenie wskazywać by mogły, że owi śmieciarz pot swój wylewają co dnia po wioskach. A jednak odnajdywane po latach zapiski, choćby te z przedwojennego Lublina wskazują, iż w owym czasie odpady z miejskich kamienic (zważmy, iż nie zawierały w sobie tyle opakowań co dzisiaj lub natura ich było zgoła organiczna) trafiały na wieś by użyźniać pola. Hofman, pozostający pod przemożnym wpływem Jacka Malczewskiego przed wojną mieszkał w Krakowie stąd zapewne w tle obrazu mamy podkrakowską wioskę skąd mogli wywodzić się jego bohaterowie. Znaczony wpływami secesji obraz nagrodzono złotym medalem na Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu w 1929. W nieco zmienionej formie to samo ujęcie powtórzy Hofman w 1937 roku nadając mu bardziej neutralny tytuł „Trzech mężczyzn”.

I to w zasadzie koniec. Rzec można – niewiele. Bo i temat to mało romantyczny, nawet jak na dokumentalny zapał realistów. Zresztą, pewnie nie wszystkie malarskie ślady zdołałem odszukać. Inne, jak obraz Stanley’a Spencera (1891 – 1959) „Śmieciarz lub kochankowie” pominąłem z rozmysłem by wyhamować jak pisał Waldemar Łysiak w okresie gdy „kończył się malarski iluzjonizm, będący patentem Europy (patentem „białego człowieka”), i na całym globie zaczęto bazgrać modernistycznie, wszędzie tak samo jak gdzie indziej, bez respektowania perspektywy, skali, światłocienia i  podobnych staroeuropejskich tricków. Rezultatem był wkrótce czysty abstrakcjonizm, zupełna dowolność, bez żadnych reguł, kanonów czy norm”. Patrząc na owe popisy nie mógłbym z czystym sumieniem, wzorem Wojciecha Trojanowskiego zawołać  – jak szkoda, że Państwo tego nie widzą!