; Opowieść dziesiąta – skarby na wysypisku | KOMEKO

Felietony

26-06-2013 #Felietony

Opowieść dziesiąta – skarby na wysypisku

Być może jedynymi osobami, które w odległej przyszłości zmartwi fakt zaniechania przez ludzkość składowania śmieci na wysypiskach będą archeolodzy. Odkrywane w ziemi pradawne miejsca składowania odpadków okazują się dla nich częstokroć cennym źródłem informacji o codziennym życiu naszych przodków. Zastygłe, skamieniałe resztki pożywienia, starych narzędzi, naczyń, przyborów pozwalają kreślić krętą ścieżkę dedukcji, przywodząc często do zaskakujących wniosków. Bywa jednak, że cieszące się złą sławą wysypiska odkrywają przed nami prawdziwe skarby.

We wrześniu 2008 roku warszawski paleobiolog, Tomasz Sulej, który miał już w zanadrzu współudział w sensacyjnym odkryciu w Lisowicach pierwszego w Polsce szkieletu dinozaura i ssakokształtnego gada Diconodonta zawitał przejazdem do niewielkiej Poręby pod Zawierciem. Jego uwagi nie przyciąga jednak wieża wyciągowa z 1798 roku czy neogotycki kościół pod wezwaniem św. Józefa. Jeśli jest tam przejazdem, może nawet nie wie o ich istnieniu. Instynkt prowadzi go na zamknięte przed rokiem składowisko odpadów, co akurat mnie dotkniętego zawodową skazą nie dziwi. Skorodowane przęsła otaczającego je płotu nie stanowią przeszkody dla trzydziestoczterolatka. W błocie, rekultywowanego wysypiska odnajduje zrazu szczątki zwęglonego drewna. Wyglądały znajomo, tak jak w Lisowicach. Owe błoto to szare iły, którymi jako warstwą przesypkową oddzielano na składowisku kolejne warstwy odpadów. Jeśli się wie czego szuka, można w nich odnaleźć ślady dawno minionej przeszłości. Ja pewnie niewiele bym w nich zobaczył, ale jako się rzekło nasz bohater z racji swego zawodu i pasji wie co robić. I rzeczywiście po przeszło dwudziestu minutach trzyma w dłoni ząb dinozaura, by za chwilę oczyszczać z ziemi coś, co najwyraźniej przypomina fragment żółwiej skorupy. Dwa na dwa centymetry, niewielki okruch, który staje się punktem wyjścia do kolejnych, metodycznych poszukiwań. Efekt to szczątki dwóch najstarszych na świecie żółwi, jeden z nich do tej pory nie znany naukowcom. Jeśli wierzyć analizom pyłków, przeleżały w Porębskich iłach 215 milionów lat. Szczątki, to chyba jednak nie odpowiednie słowo. Kto widział zdjęcie, wie że mamy do czynienia z blisko półmetrową skamieniałą skorupą, jedynymi na świecie zachowanymi kośćmi kończyn. Przy polskim odkryciu bledną te nieco młodsze odnalezione w Stanach Zjednoczonych, Azji, Argentynie, Niemczech czy Grenlandii. A może gdzieś tam, w ilastych przekładkach składowiska zaległa jeszcze brakująca, kompletna czaszka najstarszego znanego nam żółwia…

ów odkopany w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej żółwi pancerz budzi semantyczne skojarzenia. Zgoła inne pancerze, zbroje a przy nich miecze, korony, złote dukaty…  słowem wszystko co wyrasta z głębi dzieciństwa,  budują klasyczne wyobrażenie o skarbach. I tu zaskoczenie… Także takie cuda, znajdowano na wysypisku.

A wszystko zaczęło się 8 czerwca 1985r. przy ul. Daszyńskiego 16 w Środzie Śląskiej, gdzie kopano fundamenty pod budynek centrali telefonicznej. Wtedy to podczas prac ziemnych pracownicy natrafiają na gliniany dzban wypełniony srebrnymi groszami – praskimi i miśnięskimi. Znalezisko zabezpiecza milicja, później trafia ono do Muzeum Archeologicznego we Wrocławiu. Ale to dopiero początek  historii. Mimo przestróg konserwatorskich o możliwości natrafienia na ślady średniowiecznego osadnictwa, na sąsiedniej posesji w maju 1988 trwały bez stosownego nadzoru prace rozbiórkowe kamiennicy pod numerem czternastym. Dwudziestego czwartego dnia maja szczęście znów posyła swój uśmiech. Wśród fundamentów objawiają się gliniane naczynia. Żywa jeszcze pamięć o wcześniejszym odkryciu sprawia, że po chwili w wykopie kłębią się ludzie. Wydzierane z naczyń, z ziemi, wzajem z rąk monety lądują w kieszeniach. Gdy jeszcze tego samego dnia na placu budowy zjawi się milicja odzyska ledwie kilka złotych florenów, kilkaset groszy praskich oraz okruchy glinianego naczynia. Fachowcy od zabytków zjawiają się przy wykopie dopiero następnego dnia stwierdzając, iż coś co należałoby uznać za stanowisko archeologiczne jest już doszczętnie zdewastowane. Ni śladu skarbów, ni śladu średniowiecznej zabudowy. Na budowie ruch też jakby mniejszy, co wieść gminna tłumaczy wczorajszą imprezą w miejscowej knajpie, gdzie za alkohol płacono ponoć średniowiecznymi monetami. Rozłożywszy bezradnie ręce urzędnicy pozwalają na dalszą kontynuację robót. Mijają kolejne dni, a wśród mieszańców Środy Śląskiej roznosi się plotka o klejnotach znajdowanych na wysypisku śmieci. Tam gdzie trafiał materiał rozbiórkowy z owej nieszczęsnej, a może szczęsnej budowy. Kiedy do dyrektora miejscowego muzeum dociera informacja o monetach znajdowanych tam przez dzieci, postanawia zorganizować własną grupę poszukiwawczą złożona z nastolatków. By wzmocnić ich motywację obiecuje 500 złotych za każdą znalezioną monetę. Szybko znajdują 54 sztuki praskich groszy i złotą zausznicę. Ale w tym momencie na scenę wracają urzędnicy z Wojewódzkiego Ośrodka Konserwatorsko-Archeologicznego i ponosząc niewychowawczy aspekt wykorzystania młodzieży przez dyrektora muzeum przerywają poszukiwania. Z miejsca organizują własne przy pomocy słuchaczy Wojewódzkiego Ośrodka Szkolenia Milicji Obywatelskiej we Wrocławiu. Jeśli tamta akcja była niewychowawcza i prymitywna tak nosi już znamiona szczególnego profesjonalizmu. Milicjanci przy pomocy grabi, łopat i szpadli ruszają do pracy. Ktoś wpada na pomysł by przesiewać gruz i śmieci przy użyciu stalowych siatek ochraniających okna milicyjnych nysek. Zaczęto natrafiać na kolejne grosze praskie, ale drobniejsze i cenniejsze złote floreny przelatywały bezpowrotnie przez sito. I ta akcja nie trwa jednak długo, bo milicjanci wracają do nauki – jest maj zbliżają się egzaminy. Na wysypisko wracają mieszkańcy Środy Śląskiej i jak wieść niesie nie wracają stamtąd z pustymi rękoma. Prowadzone później prace archeologów przynoszą niewiele. Władza jeszcze raz wkracza do akcji. Minister kultury i sztuki Aleksander Krawczuk oferuje nagrody dla tych, którzy zdecydują się oddać swe znaleziska, a jednocześnie milicja otwiera sprawę operacyjną o kryptonimie „Korona”.

Trudno dziś orzec, jaką część skarbu udało się odzyskać. Jest wśród nich złota korona kobieca zwieńczona siedmioma orłami i spięta sześcioma szpilami z kwiatonami należąca ponoć do żony króla Karola IV Luksemburskiego, kolista zapona z kameą, dwie  pary złotych zdobionych zawieszek z XII i XIII wieku, złota bransoleta, trzy ozdobne pierścienie, wąska taśma ze złotej blachy oraz 3924 monety srebrne i 39 złote.

Skąd w Środzie Śląskiej skarb z królewską koroną? Cóż, mieszkał tu drzewiej niejaki Mojżesz, żydowski bankier, który udzielił w 1348 roku pożyczki pod zastaw klejnotów królowi czeskiemu, późniejszemu cesarzowi Rzeszy,  Karolowi IV Luksemburskiemu.  Na jego panowanie przypadł czas epidemii dżumy, która dotknęła również Środę Śląską.  Mojżesz uchodząc czy to przed zarazą, czy przed prześladowaniami (a może przed obojgiem, bo wieść niesie, że dziesiątkowana ludność oskarżała Żydów o przywleczenie zarazy) ukrył owe skarby pod swym domostwem. Dlaczego nigdy po nie powrócił tego nie dowiemy się pewnie nigdy.