; Opowieść jedenasta – lipcowe pożegnanie | KOMEKO

Felietony

28-07-2013 #Felietony

Opowieść jedenasta – lipcowe pożegnanie

Żegnaliśmy w środowe, lipcowe południe pana Jerzego Skubika. W Kazimierzu nad Wisłą, w farnym kościele. Modliliśmy się w owych renesansowych murach za duszę zmarłego niedowierzając… Spoglądaliśmy na białe kwiaty złożone na trumnie, spoglądał na nie z obrazu w  prezbiterium święty Bartłomiej. Zda się ze zrozumieniem, bo ów patron kazimierskiej fary mógłby wiele powiedzieć o brataniu się z bólem, o odchodzeniu…

A potem zeszliśmy w dół w stronę rynku, mijając drewnianą studnie, kamieniczki, spojrzenia turystów. Nieśpiesznie, piechotą, jakby pan Jerzy chciał nam jeszcze ten jeden raz pokazać swój ukochany Kazimierz. Bo choć sam, rodem z Lublina polubił to niegdyś ciche, nad Wisłą zaległe miasteczko.

Czasu dla niego nie miał pewnie, tyle ile by chciał. Pewnie liczył, że już nie długo znajdzie go więcej, sprawiedliwie obdzieli nim swoje pasje. Ale przecież pasją była jego praca, od zawsze związana z samochodami. Nawet wtedy gdy począł parać się niewdzięcznym rzemiosłem wywozu odpadów. Piszę niewdzięcznym, bo w różnym czasie różnie odbieranym przez otoczenie. Ale pewnie się mylę, bo pana Jerzego zawsze będę pamiętał jako otwartego, ciepłego, mocno zapracowanego człowieka. I myślę, że takim zapamiętali go mieszkańcy podlubelskich gmin – Konopnicy czy Jastkowa. Pamiętać będę jego spracowane dłonie, bo pan inżynier, kiedy była taka potrzeba sam siadał za kierownicę, sam usuwał awarię, zaglądał pod maskę, kładł się pod samochodem. Wraz z nim niepostrzeżenie odchodzi czas małych ale solidnych, rodzinnych przewoźników. Takich znanych obsługiwanym mieszkańcom z imienia… z nazwiska…

Szliśmy tak tedy cichym konduktem bijąc się ze wspomnieniami. Minąwszy Klasztor Reformatów stanęliśmy pod Wietrzną Górą, na której w XIX wieku poświecono ziemię pod cmentarz. Ktokolwiek stał za ową decyzją, czy to ówczesny kazimierski proboszcz, ksiądz Jan Szczepański czy też współcześni mu rajcy obdarzył to i tak już urocze miasteczko jednym z piękniej położonych i zadrzewionych cmentarzy. Pięliśmy się w górę wąską kamienną, rzekłbyś kalwaryjską ścieżką. Wzrok mimowolnie błądził po przycupniętych na zboczu nagrobkach. Coraz wyżej, krok za krokiem. Na nową, dwudziestowieczną część cmentarza poprzez kamienny, arkadowy most przerzucony przez malowniczy, głęboki wąwóz. Szliśmy a mżący deszcz dawał szansę kryć wilgoć w powagą ściętych licach.

Aż wreszcie stanęliśmy u grobu i kiedy zmówiwszy pacierze, słuchaliśmy jak spod smyka samotnego skrzypka snują się nuty „Always On My Mind”, jeszcze raz powtarzaliśmy z niedowierzaniem – sześćdziesiąt trzy lata… to nie wiek…

I wtedy przypomniałem sobie dawno przeczytane wspomnienie o Chiarze Petrillo-Corbella, Włoszce która przed niespełna trzynastoma miesiącami umarła osierociwszy rocznego synka. (By dać mu życie powstrzymała się od koniecznej w jej przypadku terapii – jeśli nie słyszeliście tej niezwykłej historii, warto ją poznać).  W testamencie odczytanym podczas mszy pogrzebowej, skierowanym do niewiele jeszcze rozumiejącego Francesca pisała: „Pewnego dnia urodziliśmy się by nigdy nie umrzeć. Moje Dziecko, cokolwiek będziesz robił w życiu, nigdy się nie zniechęcaj. Pamiętaj, że jeśli Bóg coś ci odbiera, to po to, aby dać ci coś więcej…”

I może to jest odpowiedź na wszystkie nasze zrodzone w bólu pytania? Choć, odpowiedź dziś jeszcze nie wydaje nam się jasna…

Do zobaczenia Panie Jerzy…