; Opowieść piętnasta – los gałganiarza | KOMEKO

Felietony

17-02-2014 #Felietony

Opowieść piętnasta – los gałganiarza

Niezmiernie ucieszyła mnie wyszperana w natłoku innych wieści informacja, iż jeden ze zdolniejszych polskich autorów Tomasz Szwed miast rozmieniać swój talent w podszytych szyderstwem telewizyjnych seansach powraca z nową płytą. Rzekłem do siebie – nareszcie. Czułem wobec jego ostatnich wyborów spory dyskomfort, ale zawsze powracałem do jego piosenek ceniąc w nich zarówno kunszt słowa jak i rzadką umiejętność dokumentowania sytuacji na pozór powszednich. Zmuszało tedy do refleksji „Życie miast, życie za miast”, koiło wyjątkowe „Siedzę na ganku…”, krzesały uśmiech „Nie mów do mnie misiu” czy „Ciepłe piwo i zimne kobiety”, wzruszała „Pastorałka podróżna” czy tych kilka poniżej cytowanych wersów „Polskich kowboi”:

„Jechała przez miasto załadowana fura

„szmaty, butelki, makulatura !”

Wołanie furmana ucichło wśród bloków

Wielkie śmieciarki burzą ranny spokój

 

Zagłusza telewizor wszystko dookoła

I tak już nie usłyszysz węglarza, który woła

„wyngiel przywiózem, gdzie go mam zwalić”

Koń spocony czeka, węglarz sporta pali

 

Boli serce i dusza boli

Już prawie nie ma polskich kowboi

Z końmi wędrują na niebieski łąki

Tam gdzie czekają wrony i skowronki

Tam gdzie bociany wiją dla nich gniazda

Prosto do góry, ale będzie jazda

Wie! No! Dalej! Ho!

[…]”

To prawda, na naszych oczach, oczach naszych rodziców odchodzi świat, którego nie zdążyliśmy nawet dobrze udokumentować. Przed laty miałem jeszcze szansę słuchać i oglądać niepokojących zaśpiewem wędrownych rzemieślników ostrzących noże, nożyczki. Węglarze (choć po prawdzie węglarz to ktoś, kto trudni się wypalaniem węgla drzewnego) jeszcze czasami przemykają ze swym ładunkiem zapomniane ulice. O wozakach zbierających szmaty, stare garnki czy butelki mogłem już jedynie poczytać a moje dzieci może kiedyś dostrzegą ich w drugoplanowych serialowych kreacjach Wiesława Drzewicza („Janka”) czy Jana Himilsbacha („Daleko od szosy”).

Zwano tych pionierów recyklingu przeróżnie – handlarzami, gałganiarzami, łaciarzami. W poznańskim mawiano na nich „nośpłat”. W gwarze podhalańskiej to „onycorz”. Na Śląsku, gdzie na szmaty mówiono chadra, zwano ich haderlokami. W jidysz ukuto określenie „handełes”. Nie był to polski wynalazek. Przeciągły okrzyk „Szmaaaty, flaszki, żelazo skupuję!” rozlegał się w przeróżnych językach jak świat długi i szeroki. Po miastach i wsiach skupywano to co nie przydatne w domu i obejściu, a na co owi pomysłowi ludzie znajdowali chętnych. Co lepsze ciuchy poddawano renowacji, inne sprzedawano do fabryk do czyszczenia maszyn. Dalece rozwiniętą formą ich odzysku było przekazywanie ich do młynów papierniczych, gdzie bawełniane, konopne i lniane odpady najpierw sortowano, usuwano szwy klamry i guziki, by po cięciu na kosach i maceracji wytworzyć zeń papier szmaciany[1].

Wnosić należy, iż był to zawód potrzebny, choć nie cieszący się powszechnym szacunkiem, skoro np. w gwarze poznańskiej zachowały się takie pejoratywne określania jak: „obdarty jak ostatni nośpłat” czy „wygląda jak pies nośpłata”. Zwrotu „syn nośpłata” zwykło się ponoć niegdyś używać w odniesieniu do kogoś zabiedzonego a sam „nośpłat” jak widać stoczył się do synonimu flejtucha.

Spoglądam na stare zdjęcie z 1899 roku, autorstwa Eugéne Atget’a przedstawiające paryskiego handlarza szmatami. Ciągnie ów niedbale odziany, nieogolony mężczyzna w zdefasonowanym kapeluszu drewniany wózek na wielkich kołach, na nim zaś piętrząca się ku niebu sterta brudnych, łatanych worków, skrywających gałgany i stare, zniszczone ubrania. Nieufnym, zmęczonym spojrzeniem obdarza fotografa. Jemu podobnych uwiecznił Charles Baudelaire, „poeta przeklęty” w wierszu „Wino gałganiarzy” z tomu „Kwiaty zła” z roku 1857 (tu w przekładzie Zofii Trzeczkowskiej):

 

„Często w wieczór, przy błysku, co miga czerwono,
Gdy wiatr dmie i potrząsa latarnią oszkloną,
Gdzieś na przedmieściu starem, w ulic sieci krętej,
Kędy kipią ludzkości burzliwe fermenty,

Zobaczysz gałganiarza. — Idzie zadumany,
Jak poeta, łbem trzęsie, zawadza o ściany,
Lekceważy policję, niby swe poddane,
I w wielkie plany serce wylewa wezbrane.

Składa przysięgi, wzniosłe dyktuje ustawy,
Podłych w proch strąca, ofiar podtrzymuje sprawy,
I pod niebem, zwieszonem jak baldachim jasny,
Upaja się wielkością cnoty swojej własnej.

Tak ci ludzie, dręczeni swą nędzą domową,
Strawieni pracą, z wiekiem ubieloną głową,
Pod więzią różnych szczątków chylący kark zgięty,
Te wielkiego Paryża wyrzuty i męty,

Wracają, przesiąknięci zapachem gałganów,

W towarzystwie zsiwiałych w boju weteranów,
Których wąs zwisa, niby szmat chorągwi starej.
— Łuki tryumfu, kwiaty, zwycięzkie sztandary,

Stają przed ich oczyma, — o potężny czarze! —
I w płomienistej orgji, w słońcu, przy trąb gwarze,
Oni niosą śród krzyków tłumu, bębnów wrzawy,
Pijanemu miłością ludowi — laur sławy!

Tak śród ludzkości płochej roztacza z szczodrotą
Wino, ten Paktol lśniący, falę swoję złotą,
I przez gardło człowiecze o swych czynach gwarzy,
Władnąc przez dary, śladem prawdziwych mocarzy.

By tych wszystkich wyklętych, którzy mrą w milczeniu,
Utopić nienawiści, wesprzeć ich w omdleniu,
Bóg, wzruszony wyrzutem, stworzył sen dla powiek,
A wino, święte słońca dziecię, dodał człowiek!”

 

Do smutnego losu gałganiarza nawiąże w podobnym ujęciu Mark Knopfler pisząc gorzką, świąteczną balladę „The Rackpicker’s Dream”. Niczym fatum ciążył on nawet tym, którym udało się porzucić, to skąd inąd pożyteczne zajęcie.

W dalekiej Turcji w 1730 roku wobec niepowodzeń na froncie perskim wybuchła rebelia zwana „buntem czerwonych turbanów”. Na czele niezadowolonych janczarów, stanął Patrona Halil, dawny handlarz szmatami i łaziebny. Wykorzystując niezadowolenie ludu obciążanego podatkami obalono sułtana Ahmeda III, którego nie uratowało darowanie buntownikom głowy znienawidzonego wezyra Ibrahima Paszy Newszedirlego. Nowym sułtanem z woli ludu został Mahmud I, który w niespełna dwa miesiące później pozbawił życia, tego za którego sprawą zasiadł na tronie w Stambule. Doczesne szczątki Patrony Halila, sprawdzonym przez wieki i pod różnymi szerokościami geograficznymi wzorem, na przestrogę innym oraz by zgasić kult buntownika wrzucono do morza.

[1] Dla zainteresowanych w oryginale niemiecki wierszyk o edukacyjnym, recyklingowym przesłaniu z 1885r. z książki Juliusa Lohmeiera i Carla Roehlinga „Fragemäulchen”:

“Fragemäulchen:

Mama, wer macht denn mein Bilderbuch?

Mutter:

Ist dafür mein Kind auch schon klug genug? –

Der Lumpenmatz pfeift vor jeglichem Haus,

Da bringen die Kinder die Flicken heraus:

Die Lappen und Läppchen von Rock und Gewand,

Von jeglicher Farbe, von Spitze und Band.

Papiermüller nimmt all’ die Läppchen zugleich,

Zermahlt sie und bleicht sie und rührt sie zu Teig.

Und Räder und Rollen – zum Staunen schier –

Die glätten den Brei bald zu weißem Papier.”