; Opowieść szesnasta – o statku, który nie kochał recyklingu | KOMEKO

Felietony

24-02-2014 #Felietony

Opowieść szesnasta – o statku, który nie kochał recyklingu

Targu dobito u progu 2013 roku. Pozostający od dwudziestu ośmiu miesięcy w areszcie, w kanadyjskim porcie blisko stu metrowej długości statek pasażersko-towarowy „Lubow Orłowa” stał niczego nieświadomy w kanadyjskim porcie. Władze Nowej Funlandii uwięziły „Lubow Orłową” z powodu roszczeń wobec czarterującej statek spółki Cruise North Expedition za odwołany arktyczny rejs wycieczkowy w kwocie 251 tysięcy dolarów . Pozostająca od pięciu miesięcy bez wypłaty załoga zeszła z pokładu nie mając widoków na odzyskanie należnych pieniędzy. Mijały kolejne miesiące,  a do kanadyjskich władz zaczęło docierać, że jedyną szansą na odzyskanie choćby części pieniędzy jest odwołanie się do szlachetnej sztuki recyklingu. „Lubow Orłowa” miało zostać zezłomowana. Ogołocona z urządzeń i mechanizmów, metodycznie cięta palnikami blacha kadłuba, pokładów, nadbudówek, masztów dokończy swego żywot w żarze hutniczego pieca. Wraz z nią wspomnienie rejsów przez Kanał Beagle, Cieśninę Dreak’a, Szetlandy Południowe po Półwysep Labrador, Półwysep Antarktyczny  Jak pisano jej dalszy los wyceniono na 600 tysięcy funtów.

Z kanadyjskiego portu St.Johns wyruszyli bodaj 22 stycznia 2013 roku kierując się ku dalekiej Dominikanie. „Lubow Orłową” wiódł na holu amerykański holownik „Charlen Hunt” o charakterystycznej krwisto-czerwonej nadbudówce. Nie wiem czy jego załoga, miała świadomość, że ledwie kilka dni wcześniej inny pływający tak jak „Orłowa” pod „tanią banderą” Wysp Cooka statek – frachtowiec „Merle” został zepchnięty przez fale na plażę w pobliżu portugalskiego miasteczka Aveiro. Ich pogoda również nie rozpieszczała. Dostępny opis wydarzeń jawi nam przed oczami obraz godny pędzla Ajwazowskiego[1]. Przewalające się trzymetrowymi falami masy wody, biała-granatowa sylwetka wycieczkowca wiedzionego w swoją ostatnią drogę niczym na arkanie za tańczącym na falach czarno-czerwonym holowniku i silny, porywisty wiatr. Wiatr, który zdaje się nucić złowieszczo pieśń przeznaczenia:

 

„[…]

Wyrwali z niej kable, odrąbali jej włazy

Zbyt biedni by tracić czas na współczucie

Zaroiło się od nich nad jej martwym ciałem

Zbrojnych w pochodnie i topory

Jak nad wielorybem wyrzuconym na skrwawiony brzeg

 

Ogołocona z masztów, sztagów i pokładowych podpór

A kiedy na mokrym, zaoliwionym lądzie

Zostaną już tylko jej kości

Wyciągarkami pociągną ja na stalowych linach

I zostanie po niej tylko skaza na piasku

 

Tak daleko od Clyde…”

 

W odróżnieniu od bohaterki piosenki Knopflera, „Lubow Orłowa” miast w Clyde przyszła na świat przed trzydziestu siedmiu laty  w jugosłowiańskiej Kraljewicy. Trzydzieści siedem lat. To przecież w istocie niewiele. Tyle jeszcze portów niepoznanych, cieśnin nieprzebytych, pól lodowych rzucających wyzwanie. Zbyt wcześnie by odchodzić, choć bywa, że i ledwie wchodzące w dorosłość dwudziestolatki dryfują straceńczo na mielizny…

Drugiego dnia podróży przyszło otrzeźwienie. Zerwała stalowe liny i ku rozpaczy załogi holownika ruszyła z falą na wschód ku południowo-wschodniemu krańcowi Półwyspu Avalon. Ostatniego dnia stycznia 2013r. jeszcze raz próbował ją spętać zaopatrujący pobliskie platformy wiertnicze „Atlantic Hawk”. Początkowo z sukcesem, ale gdy „Lubow Orłowa” przestała zagrażać podległym mu instalacjom, za przyzwoleniem kanadyjskich władz stracił zapał. Odpłynęła więc na wschód w bezkres Atlantyku by w ostatnich dniach lutego zbliżyć się do wybrzeży Irlandii.

Nie była pierwszym statkiem, które próbował ujść przeznaczeniu. Może zasłyszała w oficerskiej mesie historię brazylijskiego pancernika „Sao Paulo”, który jak ona prowadzony na złom w grudniu 1951 roku umknął w sztormowej nocy dwóm holownikom sto pięćdziesiąt mil na zachód od Azorów. Gdy sztorm ucichł przeprowadzono szeroko zakrojoną, międzynarodową akcję poszukiwawczą, która nie przyniosła rezultatów. Mając na względzie, iż na potrzeby ostatniego rejsu dokładnie uszczelniono kolosa, wykluczono by mógł stać się ofiarą niedawnego sztormu. Może więc pędząc żywot legendarnego Holendra czekał jej w niedostępnej części oceanu?

To co zwiemy recyklingiem jest bowiem dla okrętów odejściem w niesławie. Rzadko zdarza się by ten, kto nie legł na dnie za sprawą sztormu czy nieprzyjaciela mógł liczyć na honorowe pożegnanie. Sprawiono takie w 1949 roku 74-działowemu okrętowi liniowemu „Implacable”. Stupięćdziesięciodwuletniego staruszka pamiętającego jeszcze bitwę pod Trafalgarem z powiewającymi na rufie banderą francuską i brytyjską zatopiono w morzu, uprzednio odprowadzając z honorami w towarzystwie eskadry okrętów. I choć może i tę morską opowieść mogła „Lubow Orłowa” zasłyszeć na swym pokładzie, musiała zdawać sobie sprawę, że na takie względy liczyć nie może.

A może zapragnęła wykonać gest, który u kresu dni byłby zaprzeczeniem losu jej patronki. Była Lubow Pietrowna Orłowa gwiazdą sowieckiego kina, znaną z takich filmowych przebojów jak „Świat się śmieje” czy „Wołga, Wołga”. Mawiano o niej – ulubienica Stalina. To prawda, darzył ją Józef Wisarionowicz szczególną atencją, o czym miał przekonać się osobiście jej drugi mąż – reżyser Grigorij Aleksandrow. Zapytana przez Stalina, czy aby mąż jest dla niej dobry, odpowiedziała „tak, ale nie zawsze”. „Powiedz, że jeśli się nie poprawi, to go powiesimy” odrzekł Stalin. Na pytanie samego Aleksandrowa, który uznał najwyraźniej słowa wodza narodu za żart  – „za co?”, ów doprecyzował – „za szyję”. Cóż, musiał się Grigorij Aleksandrow mieć na baczności. Z pierwszym mężem Orłowa rozwiodła się, gdy ten za działalność antypaństwową została nazwany wrogiem ludu i zesłany do łagru. Jak sama śpiewała „Я дpугой такой стpаны не знаю, Где так вольно дышит человек”.

Rzeknie nie jeden – baśnie waść prawisz… Blade to echa podań o kapitanie van der Beckenie, zwanym „Latającym Holendrem”. Za grosz w tym prawdy…

A jednak. Nie minął rok a świat znów usłyszał o „Lubow Orłowej”. Przez brytyjską prasę przetoczyła się fala spekulacji na temat zagrożenia, jakie niesie ze sobą wciąż dryfujący statek ponownie zbliżający się ponoć w stronę Wysp. Znany ze swoistej wiarygodności „The Sun” ubarwiał swe informacje wizją statku pełnego szczurów, które przez ów miniony rok zasmakowały z braku innego pokarmu w swych pobratymcach.

Tymczasem „Lubow Orłowa” przemierza gdzieś Atlantyk i będzie przemierzać, póki nie znajdzie  „swojej Wyspy Sable[2]” by lec u jej brzegów z woli własnej czy Neptuna.


[1] Iwan Ajwazowski (1817-1900) – niezrównany rosyjski malarz marynista, w którego żyłach płynęła krew polskich Ormian

[2] Wyspa Sable położona na południe od Nowej Funlandii, około 150 mil od brzegów Nowej Szkocji zwana jest cmentarzyskiem Północnego Atlantyku. U jej niegościnnych brzegów przez wieki rozbiło się blisko 500 statków zbierając około 10 000 ofiar.